dziś w nocy

odeszła ciocia Krysia, choć od dawna z różnych wzgledów i powodów nasze drogi się rozeszły wciąż zajmowała i zajmować będzie ważne miejsce w sercu…wiadomość o śmierci zastała mnie w pracy…resztę dnia przetrwałam na automacie, w stanie nieustannego flashbacka – kiedy pamięć podpowiadała fragmenty rozmów z ciocią, fragmenty wspomnień z dzieciństwa spędzonego w jej domu…zapach i smak,
ktorego tak nagle brak,
gdy ktoś odchodzi,
gdy nagle łapie nas żal i smutek.
teraz płaczę i pewnie troche to potrwa…

we wtorek pogrzeb…

białowłosy

ogólnie znane jest moje uzależnienie od elfów, a w szczególności i ogólności od tych białowłosych, początki szmergla datują się chyba, gdzieś w okolicach, którejś sesji Zwierzowej, gdzie do postaci trzeba było dopisać historię…no i wyszło szydło z worka…potem pojawiła się ekranizacja Trylogii Tolkiena z białowłosym Haldirem …tak Kiszczaku zdecydowanie bardziej podobał mi się Haldir, a nie Legolas i do dziś, na wieczne nigdy nie wybaczę Peterowi Jacksonowi, że wysłał go na śmierć do Helmowego Jaru, nader malowniczą śmierć….ale taką co usunęła ulubionego elfa z fabuły. No ,a parę lat później Hobbit…zgroza i zdziwienie – jak z tak cienkiej książeczki możńa zrobić trzy filmy…postanowiłam  nie zwracać na to uwagi i z dreszczykiem pozwoliłam sobie na kolejną podróż do Śródziemia, gdzie po raz kolejny pojawił się Legolas..ale tym razem przegrał z własnym ojcem Thranduilem….:)

 

Hello…

W drodze z pracy do domu przez park…pełen słońca i kolorów….

WP_20151023_001

niby to samo miejsce, a jednak inne….. leniwy spacerek…

WP_20151023_002

wieczorem nerwowe odliczanie minut na połączenie z Brazylią…..i poszło…międzynarodowe spotkanie w wirtualnym pokoju….rozmowa o sporcie, wolontariacie….grupowe zadanie – wymyślcie hasło promujące olimpiadę w Rio….któego teraz niestety już nie pamiętam…wcześniej w tygodniu All about freedom festival w ECS. różne filmy, mniej lub bardziej ciekawe….

i wreszcie weekend…..może się wyśpię…ale trzeba pisać kolejne prace na studia…być poważną studentką w uczelni, której studenci stali się wrogiem publicznym całej dzielnicy wprowadzając chaos parkingowy…strach się bać kolejnych weekendowych zjazdów. ..

spać…spać…spać….

a na deser taki prezent….Awari błogo uśmiechnięta słucha i słucha….

dobranoc.

 

wiadro pomyj

W zasadzie notka miała być o czymś innym, ale przeczytałam …. nawet już nie pamiętam co i kiedy…
to jest taki jeden z zapisanych szkiców, który miał pozwolić kiedyś pisac o czymś innym…miał pozwolić wywalić nieco emocji lub też je gdzie indziej skierować…w sumie przydają się takie przekierowania…

tak jakby trochę niefajnie jest i nie umiem z tym zawalczyć…zwyczajnie nie umiem…wydawało mi się,że pewne rzeczy są oczywiste..ale jednak nie…i w pracy, gdzie jak zwykle wychodzi,że dziewięć lat walki na froncie z 1szym rokiem English Division, gdzie obrywało się na każdym kroku, zwyczajnie nie dając rady z przerostem zadań i pracy…wszystko naraz i najlepiej na wczoraj……i dlaczego kurna Ty jeszcze nie przetłumaczyłaś na angielski tych decyzji…i gdzie opłaty w programie….chcesz polecieć z roboty….i tak jebały mnie w kółko w niczym zupełnie nie pomagając…bo żadna z nich nie mówiła po angielsku..a teraz mają od roku jeszcze jedną w ED…przejęła ode mnie 1szy rok….z lekka odżyłam…a potem mnie szlag trafił na niesprawiedliwość…bo dla tej starej/nowej jest pomoc…są osoby, które dla to i owo zrobią,,,wprowadzą dane do systemu…tak….z talentem próbuje wszystkich wkoło zatrudnić…lata z kierowniczką i jej świtą na papieroski i inne pogaduszki….kierowniczka nie widzi, a może nie chce widzieć jak niesprawiedliwie postępuje. zamiast konstruktywnej rozmowy po raz kolejny dostałam zjeby za niemrawy protest przy zwaleniu obowiązków w nie tym kierunku co trzeba….i jeszcze pewna blond prostaczka rozdarła japę pokazując szczyty swojej elokwencji…nie umiem i nie chcęe reagować na takie chamstwo…uważam,że konfrontacja z kimś takim jest poniżej mego poziomu i szkoda nerwów na coś takiego…rzec można stan zimnej wojny in progress…

a w domu? w domu po raz kolejny przekonałam się jak bardzo moją siostrę zmieniło jej miejsce pracy….jak tam chyba równając do poziomu osó tamże pracując zdecydowanie zaczęła nadużywać chamskiego języka i masy wulgaryzmów…nie poznaję jej…i nie wiem, czy chcę poznawać tą wersję siostry bluzgającej jak dziwka z taniej knajpy…taka podrzędna i niedomyta….jedzie z bluzgami równo i nawet nie kryje się z tym…zupełnie jakby puściły je wszelkie hamulce…na proste i spokojnie zadane pytanie wyjechała z taką wiązanką, że mnie zatkało i szczerze mówiąc odechciało…próbowałam się jeszcze bronić przed tym atakiem..ale , gdy włączyła się mama poddałam się ostatecznie i wycofałam się …to to nie jest normalne….matka sama mówi, że ona przegina, obrabia jej dupę równo..ale nie wiem, nie chce lub nie potrafi przyznać i wesprzeć mnie w sytuacji konfliktowej, gdy mam rację i tego potrzebuję. ona mnie potrzebuje tylko wtedy, gdy braknie pieniędzy i gdy moja siostra nawet dupy nie ruszy, aby zorganizować coś w tym kierunku…tak poprostu…ich koronnym argumentem przy okazji każdej awantury jest to, że na czas remontu parę lat temu zwyczajnie wyprowadziłąm się z domu…pojawiałam się na obiad i odrobinę sprzątania…a teraz teraz siostra konspiracyjnie zaszeptała,że mama już chyba o aferze piątkowej nie pamięta…bo z nią normalnie rozmawia….

ale ja pamiętam i nie planuję zapomnieć przez długi czas…bo jestem wredną pamiętliwą ….panią z dziekanatu1521978_719054848118782_175510566_n

rodzinnie

pilnuję mieszkania znajomych, gdzieś na drugim końcu miasta…mieszkanie jest z psem i balkonem pełnym kwiatów, które trzeba podlewać, a psa wyprowadzać na dwór…a tak jest jeszcze królik, ale on nie jest kłopotliwy..siedzi sobie w klatce i pochrupuje przegryzając jedzonko….i zupełnie nie jest problemem to ,że chwilę po 7mej rano w sobotni poranek obudziły mnie jakieś warkoty i pokrzykiwania robotników za oknem…gdy wreszcie wywlekłam się z łóżka i poszliśmy z psem na spacerek późno poranny okazało się ,że to naprawiają chodniki wkoło domu…warczą, stukają i generalnie psują leniwy sobotni poranek…

nic to w porównaniu z telefonem jaki zastał mnie po powrocie ze spacerku…siostra dzwoniła ,że mama padła w sanatorium ofiarą innego klimatu i innej wody…rozregulował się jej organizm i raczej nie powinna zostawać tam do końca turnusu…bo ani jeść nie daje rady, ani z zabiegów nie korzysta wystarczająco i trzeba by jej załątwić powrót do domu…najlepiej samochodem, bo do jazdy pociągiem , czy autobusem raczej się nie nadaje – zwyczajnie zbyt osłabiona jest…wykonany został telefon do brata, który poradził ,abyśmy taksówkę po mamę wysłały…nie chce mi się pisać, co myślę, bo to i tak do niego nie dotrze, całkiem możliwe, że jak zwykle znajdzie jeszcze wytłumaczenie…i to my z siostrą okażemy się te wredne i złe, którym nie chciało się wydać kasy na taryfę…siostra płakała przekazując mi jego odpowiedź…może lepiej niech się u nas już nie pokazują…damy sobie radę , a jego o pomoc nie będziemy prosić…transport znalazłyśmy, mama wróci domu, a jak wydobrzeje, to się dowie jak jej synek postąpił, gdy poprosiła o pomoc…

egoizm w czystej postaci.

i nie ma jej…

i nie ma już Tafcika w czeluściach dziekanatu, pognała za swoim marzeniem czemu się zupełnie nie dziwię i gorąco popieram. nie wiem, czy będąc w podobnej sytuacji postąpiłabym tak samo…zniknęła z mojej codzienności w tak samo niespodziewany sposób jak się w niej pojawiła…mocna licze,że nam się kontakt nie urwie…bo mimo wszystko jesteśmy zupełnie różne, ale nie kryję tego będę straszliwie i mocno tęsknić…za tą esencją Taftowatości, która wnosiła jakąś taką błogość , że jednak jest tam ktoś kto zrozumie durne powiedzonko i nadaje na zbliżonych falach…jeszcze trochę pobędzie w kraju, parę dni szalonego pakowania i leci, gdzieś tam na drugi koniec świata za wielki mur…doprawdy dziwię się jej ,że tyle ze mną wytrzymała…znowu będzie nowa-nienowa osoba na jej miejsce…tyle,że nie będzie Tafcikiem…no właśnie nie będzie.

taki dzień

10551121_10153046697186011_5033222375150072416_n

taki dzień, gdy na nic nie ma się ochoty, gdy czas płynie pomiędzy kartkami czytanej właśnie książki, gdy nic i nikt nie zakłóca błogiego nic nie robienia…tęskniłam za tym od dłuższego czasu…za zupełnym nic nie robieniem i przebimbaniem całego weekendu…taki dzień w którym sznurki i mury jakimi się otaczam są nieco mniej szczelne i w sumie nie wiem, czy to dobrze,czy źle…regeneracja to słowo klucz…siostry nie ma – gdzieś tam pęta się po Fromborku i okolicach, mama śpi, kot podobnie…błoga cisza , milczące telefony, ciche komputery….

uppppssss niestety koniec przyjemnego wieczoru …siostra właśnie wróciła i pierwsze co zrobiła to włączyła komputer….a ten złom rozpędza się głośno i hałaśliwie przez kilka minut jeśli nie kilkanaście. chyba czas na postawienie osłon , włączenie barier i odpłynięcie w własne światy…czyli słuchawki na uszy i nie ma mnie tu i teraz…

do następnego razu.