białowłosy

ogólnie znane jest moje uzależnienie od elfów, a w szczególności i ogólności od tych białowłosych, początki szmergla datują się chyba, gdzieś w okolicach, którejś sesji Zwierzowej, gdzie do postaci trzeba było dopisać historię…no i wyszło szydło z worka…potem pojawiła się ekranizacja Trylogii Tolkiena z białowłosym Haldirem …tak Kiszczaku zdecydowanie bardziej podobał mi się Haldir, a nie Legolas i do dziś, na wieczne nigdy nie wybaczę Peterowi Jacksonowi, że wysłał go na śmierć do Helmowego Jaru, nader malowniczą śmierć….ale taką co usunęła ulubionego elfa z fabuły. No ,a parę lat później Hobbit…zgroza i zdziwienie – jak z tak cienkiej książeczki możńa zrobić trzy filmy…postanowiłam  nie zwracać na to uwagi i z dreszczykiem pozwoliłam sobie na kolejną podróż do Śródziemia, gdzie po raz kolejny pojawił się Legolas..ale tym razem przegrał z własnym ojcem Thranduilem….:)

 

Hello…

W drodze z pracy do domu przez park…pełen słońca i kolorów….

WP_20151023_001

niby to samo miejsce, a jednak inne….. leniwy spacerek…

WP_20151023_002

wieczorem nerwowe odliczanie minut na połączenie z Brazylią…..i poszło…międzynarodowe spotkanie w wirtualnym pokoju….rozmowa o sporcie, wolontariacie….grupowe zadanie – wymyślcie hasło promujące olimpiadę w Rio….któego teraz niestety już nie pamiętam…wcześniej w tygodniu All about freedom festival w ECS. różne filmy, mniej lub bardziej ciekawe….

i wreszcie weekend…..może się wyśpię…ale trzeba pisać kolejne prace na studia…być poważną studentką w uczelni, której studenci stali się wrogiem publicznym całej dzielnicy wprowadzając chaos parkingowy…strach się bać kolejnych weekendowych zjazdów. ..

spać…spać…spać….

a na deser taki prezent….Awari błogo uśmiechnięta słucha i słucha….

dobranoc.

 

wiadro pomyj

W zasadzie notka miała być o czymś innym, ale przeczytałam …. nawet już nie pamiętam co i kiedy…
to jest taki jeden z zapisanych szkiców, który miał pozwolić kiedyś pisac o czymś innym…miał pozwolić wywalić nieco emocji lub też je gdzie indziej skierować…w sumie przydają się takie przekierowania…

tak jakby trochę niefajnie jest i nie umiem z tym zawalczyć…zwyczajnie nie umiem…wydawało mi się,że pewne rzeczy są oczywiste..ale jednak nie…i w pracy, gdzie jak zwykle wychodzi,że dziewięć lat walki na froncie z 1szym rokiem English Division, gdzie obrywało się na każdym kroku, zwyczajnie nie dając rady z przerostem zadań i pracy…wszystko naraz i najlepiej na wczoraj……i dlaczego kurna Ty jeszcze nie przetłumaczyłaś na angielski tych decyzji…i gdzie opłaty w programie….chcesz polecieć z roboty….i tak jebały mnie w kółko w niczym zupełnie nie pomagając…bo żadna z nich nie mówiła po angielsku..a teraz mają od roku jeszcze jedną w ED…przejęła ode mnie 1szy rok….z lekka odżyłam…a potem mnie szlag trafił na niesprawiedliwość…bo dla tej starej/nowej jest pomoc…są osoby, które dla to i owo zrobią,,,wprowadzą dane do systemu…tak….z talentem próbuje wszystkich wkoło zatrudnić…lata z kierowniczką i jej świtą na papieroski i inne pogaduszki….kierowniczka nie widzi, a może nie chce widzieć jak niesprawiedliwie postępuje. zamiast konstruktywnej rozmowy po raz kolejny dostałam zjeby za niemrawy protest przy zwaleniu obowiązków w nie tym kierunku co trzeba….i jeszcze pewna blond prostaczka rozdarła japę pokazując szczyty swojej elokwencji…nie umiem i nie chcęe reagować na takie chamstwo…uważam,że konfrontacja z kimś takim jest poniżej mego poziomu i szkoda nerwów na coś takiego…rzec można stan zimnej wojny in progress…

a w domu? w domu po raz kolejny przekonałam się jak bardzo moją siostrę zmieniło jej miejsce pracy….jak tam chyba równając do poziomu osó tamże pracując zdecydowanie zaczęła nadużywać chamskiego języka i masy wulgaryzmów…nie poznaję jej…i nie wiem, czy chcę poznawać tą wersję siostry bluzgającej jak dziwka z taniej knajpy…taka podrzędna i niedomyta….jedzie z bluzgami równo i nawet nie kryje się z tym…zupełnie jakby puściły je wszelkie hamulce…na proste i spokojnie zadane pytanie wyjechała z taką wiązanką, że mnie zatkało i szczerze mówiąc odechciało…próbowałam się jeszcze bronić przed tym atakiem..ale , gdy włączyła się mama poddałam się ostatecznie i wycofałam się …to to nie jest normalne….matka sama mówi, że ona przegina, obrabia jej dupę równo..ale nie wiem, nie chce lub nie potrafi przyznać i wesprzeć mnie w sytuacji konfliktowej, gdy mam rację i tego potrzebuję. ona mnie potrzebuje tylko wtedy, gdy braknie pieniędzy i gdy moja siostra nawet dupy nie ruszy, aby zorganizować coś w tym kierunku…tak poprostu…ich koronnym argumentem przy okazji każdej awantury jest to, że na czas remontu parę lat temu zwyczajnie wyprowadziłąm się z domu…pojawiałam się na obiad i odrobinę sprzątania…a teraz teraz siostra konspiracyjnie zaszeptała,że mama już chyba o aferze piątkowej nie pamięta…bo z nią normalnie rozmawia….

ale ja pamiętam i nie planuję zapomnieć przez długi czas…bo jestem wredną pamiętliwą ….panią z dziekanatu1521978_719054848118782_175510566_n

rodzinnie

pilnuję mieszkania znajomych, gdzieś na drugim końcu miasta…mieszkanie jest z psem i balkonem pełnym kwiatów, które trzeba podlewać, a psa wyprowadzać na dwór…a tak jest jeszcze królik, ale on nie jest kłopotliwy..siedzi sobie w klatce i pochrupuje przegryzając jedzonko….i zupełnie nie jest problemem to ,że chwilę po 7mej rano w sobotni poranek obudziły mnie jakieś warkoty i pokrzykiwania robotników za oknem…gdy wreszcie wywlekłam się z łóżka i poszliśmy z psem na spacerek późno poranny okazało się ,że to naprawiają chodniki wkoło domu…warczą, stukają i generalnie psują leniwy sobotni poranek…

nic to w porównaniu z telefonem jaki zastał mnie po powrocie ze spacerku…siostra dzwoniła ,że mama padła w sanatorium ofiarą innego klimatu i innej wody…rozregulował się jej organizm i raczej nie powinna zostawać tam do końca turnusu…bo ani jeść nie daje rady, ani z zabiegów nie korzysta wystarczająco i trzeba by jej załątwić powrót do domu…najlepiej samochodem, bo do jazdy pociągiem , czy autobusem raczej się nie nadaje – zwyczajnie zbyt osłabiona jest…wykonany został telefon do brata, który poradził ,abyśmy taksówkę po mamę wysłały…nie chce mi się pisać, co myślę, bo to i tak do niego nie dotrze, całkiem możliwe, że jak zwykle znajdzie jeszcze wytłumaczenie…i to my z siostrą okażemy się te wredne i złe, którym nie chciało się wydać kasy na taryfę…siostra płakała przekazując mi jego odpowiedź…może lepiej niech się u nas już nie pokazują…damy sobie radę , a jego o pomoc nie będziemy prosić…transport znalazłyśmy, mama wróci domu, a jak wydobrzeje, to się dowie jak jej synek postąpił, gdy poprosiła o pomoc…

egoizm w czystej postaci.

i nie ma jej…

i nie ma już Tafcika w czeluściach dziekanatu, pognała za swoim marzeniem czemu się zupełnie nie dziwię i gorąco popieram. nie wiem, czy będąc w podobnej sytuacji postąpiłabym tak samo…zniknęła z mojej codzienności w tak samo niespodziewany sposób jak się w niej pojawiła…mocna licze,że nam się kontakt nie urwie…bo mimo wszystko jesteśmy zupełnie różne, ale nie kryję tego będę straszliwie i mocno tęsknić…za tą esencją Taftowatości, która wnosiła jakąś taką błogość , że jednak jest tam ktoś kto zrozumie durne powiedzonko i nadaje na zbliżonych falach…jeszcze trochę pobędzie w kraju, parę dni szalonego pakowania i leci, gdzieś tam na drugi koniec świata za wielki mur…doprawdy dziwię się jej ,że tyle ze mną wytrzymała…znowu będzie nowa-nienowa osoba na jej miejsce…tyle,że nie będzie Tafcikiem…no właśnie nie będzie.

taki dzień

10551121_10153046697186011_5033222375150072416_n

taki dzień, gdy na nic nie ma się ochoty, gdy czas płynie pomiędzy kartkami czytanej właśnie książki, gdy nic i nikt nie zakłóca błogiego nic nie robienia…tęskniłam za tym od dłuższego czasu…za zupełnym nic nie robieniem i przebimbaniem całego weekendu…taki dzień w którym sznurki i mury jakimi się otaczam są nieco mniej szczelne i w sumie nie wiem, czy to dobrze,czy źle…regeneracja to słowo klucz…siostry nie ma – gdzieś tam pęta się po Fromborku i okolicach, mama śpi, kot podobnie…błoga cisza , milczące telefony, ciche komputery….

uppppssss niestety koniec przyjemnego wieczoru …siostra właśnie wróciła i pierwsze co zrobiła to włączyła komputer….a ten złom rozpędza się głośno i hałaśliwie przez kilka minut jeśli nie kilkanaście. chyba czas na postawienie osłon , włączenie barier i odpłynięcie w własne światy…czyli słuchawki na uszy i nie ma mnie tu i teraz…

do następnego razu.

jednostka chorobowa

nie do końca wyleczona, ale już potężnie wynudzona…bo u mnie jak lekarz napisał leżeć w wyrku to leżałam, a właściwie przesypiałam całe godziny. nie mam ochoty dzielić się ze swiatem tymi jakże traumatycznymi przeżyciami zwanymi grypą i czymś tam jeszcze z wirusowymi dodatkami. trzeba przyznać, że gorączkowe jazdy to miałam niezłe, elfickie majaki przemieszane ze studentami proszącymi po arabsku o jakieś zaświadczenia….tfuuuuuu któregoś razu obudziłam się w momencie jak elficki król zaczął rozmawiać z Gandalfem po arabsku….

przez weekend zdołałam obskoczyć znajome odmęty internetu, przeglądnąć FB…nie iść do teatru – wypluwanie sobie płuc podczas spektaklu nie byłoby raczej dobrze widziane i z żalem musiałam odmówić zaproszeniu przyjaciół.

teraz dogorywam sobie przed kompem i rozkładam w myślam pracę na resztę tygodnia…nie wiem co prawda, co oznacza ten ostry ból gardła, ale liczę,że nie przerodzi się w coś gorszego, bo nie stać mnie na dłuższe siedzienie w domu. te 4 dni będzie i tak kosztowało ze dwie stówki minus z pensji… ehhh.

dziś dopadły mnie telefony i smsy z pracy, abym zamówiła karnet , any razem z koleżankami się fitnsować i czasem popływać , gdzieś indziej niż w znajomym basenie…trafiły akurat na przypływ mega niezdecydowania połączonego z brakiem chęci do czegokolwiek,że nie sądzę , abym się załapała na rzeczone karnety…

z rzeczy weselszych pomyślnie zaliczyłam 1szy rok na studiach i teraz czekamy, aż profesorowie wpiszą nam oceny do systemu, co w przypadku niektórych może być mocno spóźnione jeśli nie nierealne. potem będziee nas czekał wybór specjalizacji – czymkolwiek, by nie była – w chwili obecnej wydaje się, że z góry narzucony próbny wybór , czyli policja i służby specjane odchodzi w niebyt i mocno na to liczymy – bo te osoby, które pozostały zdecydowanie nie to wybierały i nie mają ochoty na bycie policjantami.

szczerze przyznam, że wydawało mi się iż, to całe studiowanie będzie nieco trudniejsze…a tu ta cała prawda o płątnych szkołach okazuje się być prawdą – wystarczy się nieco przyłożyć i masz dobra ocena jest…chyba,że jest się cichą masą bez własnego zdania na jakikolwiek temat to ten, który powie cokolwiek zgarnia wszelkie pochwały…malutka grupa..więc i nauczyciele nas pamiętają. nie wiem po co oni tu przyszli skoro, ani nie odzywają się na ćwiczeniach…i potem się dziwią,że my piątki zgarniamy i staramy się o stypendium co zresztą planujemy.

niektórzy nauczyciele też nie lepsi od studentów – przychodzą na zajęcia jak z łaski, kompletnie nie przygotowani, bezładnie kartkują jakieś przypadkowe skrypty czytając je na wyrywki, i mamrocząc pod nosem nie do końca zrozumiałe komentarze…i rzecz jasna mówiąć,że płatne studia nic nie są warte…w sumie fakt skoro takich nauczycieli miewamy…niewiele warta jest piątka od kogoś takiego, niewiele. nawet nie udawałam,że coś robię na tych wykładach, żałowałam tylko,że jestt nas tak mało iż nie mogę muzyki słuchać albo książki czytać…a podczas testu przepisywałam z książki odpowiedniee fragmentu, koleżanka czyniła podobnie korzystając z netu w telefonie…a profesor??? wyszdłz klasy mówiąc,że i tak tych testów sprawdzać nie będzie…bo mu szkoda czasu…..

na pocieszenie poszłyśmy sobie do kina po raz kolejny na ostatnią część Hobbita.