zmęczenie osiąga pułap krytyczny…w zasadzie nie mam siły na żadne nieco bardziej energiczne reakcje na cokolwiek…nie mam siły, tak zwyczajnie i poprostu kolejny nader uroczy początek roku akademickiego, gdzie nic nie działa jak trzeba, a obrywamy my. w związku z czym jest mi już dokładnie wszystko jedno…staram się tylko nie strzelić jakiegoś mega babola.
już nawet muzyka podczas drogi do i z pracy nie pomaga, idę..jadę śpiąc niczym rasowy zombi z dziekanatu. reszta dziewczyn wygląda nie lepiej…no może Pazurkowata bywa przytomna pod koniec dnia pracy, gdy na przysłowiowe 5 minut przed końcem wpada do nas i zadaje trudne pytania – typu..czy pamiętasz jak miał ten student naliczoną opłate??? sensownej odpowiedzi raczej się nie doczeka…musi wystarczyć rozpaczliwa prośba, że powtórzyła wszystko nastepnego dnia rano…
zdaje się ,że do pracy w naszym raju wraca urocza koleżanka, która zrobiła piekło z początku mojej pracy w dziekanacie…nie powiem,abym była łatwa i miła we współpracy…ale tego jak mnie ta osoba traktowała nie ma prawa oceniać nikt poza mną…wracają wspomnienia, gdy jej kumpele groziły mi publicznie po przeczytaniu blogowych notek o tej jakże sympatycznej osobie. uprzejmie poprosiłam kierowniczkę, aby trzymała ją możliwie z daleka ode mnie i zdaje się nadmieniłam, że będę jej pomagać dokładnie tak jak ona mnie pomagała…czyli prawie nic lub wcale. podobnież posiadanie dzieci nieco wyglądziło jej charakter…cóż…gdy byłyśmy z dala od siebie dawało się zachować pozory uprzejmości…nie wiem co będzie…nie chcę wiedzieć…
spokój…
na dobranoc takie coś ….pa.