ku wspomnieniu kociego braku

Cicho, cichuteńko na mięciutkich łapkach
Skrada się, podpełza Kocia Śmierć znienacka,
Cicho, cichuteńko, spod ziemi wyrasta
„Zabieram ci Kota, człowieku i basta!”
Kot nawet nie ma czasu na pożegnanie,
Wiec pozostawia napoczęte śniadanie
Wody w miseczce oddechem już nie zmąci
Nie zdąży łapką, swej piłeczki trącić
Był, wypełniał Sobą czas, przestrzeń, mieszkanie
nagle …błysk światła – i cisza…
Już Kota nie stanie
Człowiek został sam.
Błysk kocich oczu – mruknięcie – westchnienie — urywa się – wątek – cichnie – miauczenie –
…zostaje wspomnienie wygiętego grzbietu,
odcisk łapek na wannie, puste czyste kuwety,
Narzuta na łóżku wgnieciona pośrodku,
jeszcze czuję Twoje ciepło na kolanach…(autor nie znany, znalezione w internetach)

Wiosna, ah to Ty…

Musiałam wyjechać za miasto….siedzenie w domu bez mamy jest trudniejsze jeśli dodatkowo nad głową wisi widmo i panika koronowirusowa. Ja straciłam to co najcenniejsze i szczerze mówiąc szał okołowirusowy nie robi na mnie specjalnego wrażenia…chcę odpocząć w przyjaznym gronie, odreagować, poodychać i naładować baterie przed nie wiadomo jak długim siedzeniem w domu…będzie dobrze…musi być.

Szarość

Chwilowo większość wszystkiego straciła smak i kolory, czuję się jak przekłuty balonik, wyblakła ja, która zgubiła swoje kolory…uśmiech przez łzy…na siłę…nie umiem poprosić o pomoc, bo w tym nikt nie pomoże…płaczę po cichu, łzy wsiąkają w hotelową poduszkę…kot został w domu…

this is it, czy jakoś tak

w sumie każdy wie, że kiedyś trzeba się będzie pożegnać z rodzicami…tyle, że kiedy ten moment nadchodzi to wali jak wszystkie trzesięnia ziemi i inne tsunami razem wzięte…i aby zachować zdrowe zmysły przestawiasz się na tryb zadaniowy popłakując po kątach i działasz, załatwiasz te zaległe sprawy, które były na wieczne nigdy i kiedyś tam…i podczas gonitwy po urzędach z tyłu głowy myśl…serio, to naprawdę…naprawdę odbieram właśnie akt zgonu mamy?! no żesz kurwa nie wierzę….a tu zł onk, jednak tak. heloł witamy w rzeczywistości bez mamy…taki absolutny i definitywny koniec dzieciństwa…w ostatnich tygodniach zestaw chorób mamy wzbogacił się o raka….faza terminalna jak powiedzieli lekarze, którzy odkryli to przy okazji innego badania w szpitalu…bezsilność, gdy patrzysz jak bliska osoba słabnie…a ty nie możesz nic zrobić…ostatnie wspomnienie, gdy po zainstalowaniu mamy w hospicjum wychodzę odwracając głowę, a ona macha ręką na dowidzenia…

niecałą godzinę potem odeszła.

dziś był jej pogrzeb.

i nie ma mamy.

Jest jak jest

Przyznam szczerze, że lekko bałam się, że ten wyjazd nie będzie tak fajny jak jest. Odświeżające uczucie,że jesteś gdzieś z kimś kto nadaje na podobnych falach. Nawet milczenie nie stanowi problemu, jesteś wręcz poganiana czytaj szybciej, bo ja też chcę poznać nowe przygody pewnego wiejskiego egzorcysty.

Upsss właśnie ubiłam komara na własnej twarzy.Chyba odpalę jakieś anykomarowe smrodki.

Dawno nie nawiązywałam nowych znajomości…wręcz tego unikałam. Stała ekipa spotyka się dość rzadko, jakieś urodziny. Na część wyjazdów nie bywam zapraszana, gdyż jak się dowiedziałam zbyt kojarzę się z pracą, a ten ktoś chce od niej odpocząć…tyle, że była tam też osoba pracująca tym samym miejscu…spoko rozumiem. Tylko trochę przykro było.

Tymbardziej doceniam nawiązywanie nowej, czy też raczej ewaulowanie dość przelotnej znajomości w coś głębszego.

Drobne, drobnostki, które sprawiają, że jest dobrze tu i teraz.

Specyfika miejsca i chwili, planowanie następnych wspólnych chwil. Chwilo trwaj. Jest pięknie i dobrze.

Ciszej, coraz ciszej i dalej

Każdy z nas ma swoje miejsca na świecie, które kocha i do których wraca…ja swoje odkryłam daleko w lasach za Przemyślem, w Hobbitówie.
Nie muszę nic, wystarczy, że tu jestem i jest dobrze, ładuję akumulatory na resztę roku i każdy wyjazd zaczyna się planowaniem następnego przyjazdu.


Tym razem nie jestem sama, mam towarzystwo.

Kocham tu być.

Betlejem vibes

Błogi sen o poranku przerwały rozpaczliwe okrzyki z sąsiedniego pokoju…indyjski student w niezrozumiały dla reszty gości i właściciela hostelu zdołał zablokować zamek i nie mógł wydostać się z pokoju. U Salaha spotykają się ludzie z całego świata…niczym meteor przemknęła Japonka, która chodziła w dziki upał ubrana w kilka warstw, kładła się spać o 20tej…zniknęła dziś rano. Chłopak z Indii był na mieście ścigany przez potomka krzyżowców…poszedł na miasto…w pięknym turbanie. Były też dziewczyny z Niemiec, Gareth z Londynu i dwoch chłopaków z chyba Danii. Dobrze mi tu i raczej napewno wrócę np na któreś Boże Narodzenie. Będzie chłodniej i kepszy czas na zwiedzanie. Jericho, które chciałam odwiedzić ma teraz temperature przekraczającą 40 stopni, Herodium podobnie…więc do następnego razu.

Awari on tour


Jak nie masz z kim to jedź sama, i w ten prosty sposób realizuję swoje marzenia i podróżach po świecie. Backpacker life style jak mawawiają. Tylko, czy w czasach wszechobecnego internetu cokolwiek jest daleko?
Jestem w Palestynie, kraju, którego z wielu względów nadal nie ma na mapie świata. Kraju, który pokochałam od czasu pierwszej wizyty i wiem, że będę wracać przy każdej możliwej okazji.
Plan wyjazdu był bardzo ogólny..dolecieć do Tel Avivu i jakoś to będzie…a był szabat i zero publicznego transportu…upsss kłopoty powiedziałby ktoś, ale ja z moim fartem zostałam podrzucona do Jerozolimy przez spotkanych W samolocie lokalesów. Pokazali, gdzie mam iść na autobus, nakazali pić dużo wody i ruszyłam. To jest to co lubię wędrówki po nieznanym mieście..mega gorąco…autobus za 6 szekli zawiózł mnie do Betlejem. I jestem, leniwie ciesząc się świadomością urlopu i absolutnie nie planując zwiedzania…
Z info praktycznych komary mnie żrą straszliwie…w hostelu poza mną nie aktualnie dużo gości, był Gareth z Londynu pracujący jako wolontariusz z trudną młodzieżą, teraz dołączyła dziewczyna z Japonii. Spokój tego miejsca jest tym czego potrzebowałam i za czym tęskniłam. Nieodmienie zaskakujący sposób jazdy po ciasnych uliczkach i taksówkarze wykłócający się kto danego pasażera podwiezie.Budynki z jasnego kamienia, nieustanne klaksony samochodowe, miasto na wzgórzach…

F

i co dalej

W piątkowe popołudnie odebrałam z uczelni dyplom i tym samym w mojej szafce wylądował papier bez większego znaczenia, którego posiadanie zdecydowanie straciło na znaczeniu i niewiele daje. Mogę sobie dodać przez nazwiskiem trzy literki w zależności od interpretacji oznaczające magistra lub też magazyniera. Teoria mówi, że powinnam dostać jakieś tam pieniądze z racji podniesienie kwalifikacji od pracodawcy, ale pracodawca ma to w głębokim braku poważania i wszelkie podania w sprawie podniesienia wynagrodzenia kieruje do nowo powstałęgo działu HR…Tak uczelnia publiczna zamienia się w korporację, kilka przybyłych z kosmosu osób ma nas oceniać nie mając pojęcia o tym co robimy, oceniać i weryfikować…plotki i domysły płyną szeroką falą. Kilka moich podań o zwiększenie wynagrodzenia, przeszeregowania i tym podobne wylądowało w tajnej szufladzie adresata lub co bardziej prawdopodobne w dziale HR. W podobnej sytuacji jest kilka osób o nieco krótszym stażu pracy niż ja. Kilka innych osób miało fart i dostały podwyżki. Niektóre już jakieś 2 lata temu… Ja w tym czasie skończyłam licencjat i zrobiłam magisterkę, i co? i nic. Mogę tylko mieć małą satysfakcję, że dałam radę.
Zdaje się, że powinnam się cieszyć tym dyplomem, ale nie mam z kim. Planowałam zrobić wspólny wyjazd, ale zgranie w czasie kilku osób okazało się zadaniem ponad siły.
Tak więc jadę sama, po raz kolejny.