wreszcie znalazłam w sieciowych odmętach obraz , którym zachwyciłam się w warszawskim Muzeum Narodowym. Otumaniona mnogością doznań spadających na mnie w każdej sali marzyłam już tylko o spełnieniu patriotycznego obowiązku i zerknięciu na dzieło mistrza Jana. Wchodząc do sali,gdzie Bitwa pod Grunwaldem trwa nadal zerknęłam sobie nieopatrznie w lewo i zastygłam w zachwycie na dłuuugo. Krzyżacy mogliby tłuc się obok, nie zauważyłabym.

Ocknęłam się z zapatrzenia na delikatną uwagę krewnej, że może byśmy wreszcie wyszły…bo obiadek stygnie.
Resztę dni wypełniły atrakcje rozmaite i tylko chyba jeszcze Muzeum Powstania Warszawskiego wzbudziło zainteresowanie, bo czegoś takiego nie widziałam.Wędrujesz wśród wypalonych murów i niestannego terkotu broni, słyszysz świst spadających bomb. Nie dziwią tłumy przy kasie, gdyż poza wszytkimi walorami jest to najtańsze muzeum w stolicy jedyne 4zł za wstęp.
Zamek Królewski ma u mnie minusa za niemiłą obsługę w salach, która zabraniała odpoczynku na ławkach dla gości.
Na ulicach dziwił brak dekoracji na plakatach wyborczych. U nas Kaczor miały urodę poprawioną i to kilka razy…
Warszawscy kierowcy namiętnie w ludzi celowali i mylili kolory świateł.
Bajka sprowadzała na świat Obywatela i pisała obolałe smsy ze szpitala, ja próbowałam tłumaczyć wujostwu dlaczego podoba mi się Władca Pierścieni – sukces osiągnęłam połowiczny, w odpowiedzi zostałam zabrana do teatru na sztukę pt „Madame de Sade”. Nie powiem ciekawe to było, dylematy małżonki swawolnego markiza.
Było dobrze, spokojnie i miło do czasu telefonu od szefa, który stwierdził, że poszłam na urlop bez jego zgody…Hmm, ciekawe – widać nie zauważył mego pisma i zapomniał o tym, co wcześniej przekazał przez księgową…
a mi tak dobrze w oddaleniu od miasta utrapienia;)
pomarańczowo pozdrawiam
🙂
:):):)
Pozdróżnie