w sumie każdy wie, że kiedyś trzeba się będzie pożegnać z rodzicami…tyle, że kiedy ten moment nadchodzi to wali jak wszystkie trzesięnia ziemi i inne tsunami razem wzięte…i aby zachować zdrowe zmysły przestawiasz się na tryb zadaniowy popłakując po kątach i działasz, załatwiasz te zaległe sprawy, które były na wieczne nigdy i kiedyś tam…i podczas gonitwy po urzędach z tyłu głowy myśl…serio, to naprawdę…naprawdę odbieram właśnie akt zgonu mamy?! no żesz kurwa nie wierzę….a tu zł onk, jednak tak. heloł witamy w rzeczywistości bez mamy…taki absolutny i definitywny koniec dzieciństwa…w ostatnich tygodniach zestaw chorób mamy wzbogacił się o raka….faza terminalna jak powiedzieli lekarze, którzy odkryli to przy okazji innego badania w szpitalu…bezsilność, gdy patrzysz jak bliska osoba słabnie…a ty nie możesz nic zrobić…ostatnie wspomnienie, gdy po zainstalowaniu mamy w hospicjum wychodzę odwracając głowę, a ona macha ręką na dowidzenia…
niecałą godzinę potem odeszła.
dziś był jej pogrzeb.
i nie ma mamy.
