przynieś, podaj, pozamiataj…

od pewnego czasu obserwuję w pracy narastającą wsród koleżanek tendencję do wykorzystywania i naduzywania jednego z punktów jaki mam/mamy ze współlokatorką pokoju wpisany w tzw zakres obowiązków – dostarczania wszelkiej korespondencji dziekanatowej do kancelarii głównej uczelni. okazuje się to być coraz bardziej pojemnym hasłem kryjącym w sobie nieoczekiwanie kwestie, odmiany i najrozmaitsze zwroty sytuacji…dziwnym trafem koleżanki, gdy trzeba coś zanieść, przynieść coś cieżkiego z odległego miejsca, to dziewczyny wiedzą, gdzie jest nasz pokój…ale na przykład,gdy zamawiają coś do jedzenia – akurat wtedy,gdy my ganiamy zanosząc ich pocztę to już nie…ostatnimi czasy zaniechano niemal całkowicie przeprowadzania tzw odpraw i prawie nie wiemy co się dzieje lub też dowiadujemy się o wszystkim przypadkiem wchodząc do któegoś pokoju lub też nagle obrywając za coś o czym nie miałyśmy pojęcia.

nowa współpracowniczka nie bardzo się może wypowiedzieć w temacie nie mając pojęcia jak to bywało wcześniej. ja niestety wiem i zdecydowanie nie podoba mi się opcja przeniesienia odpraw do tzw pokoju ciechej pracy, gdzie jest regularna palarnia…osoby palące wiedzą co się dzieje i kiedy…te niepalące juz niekoniecznie…a gdy się próbuje to kwestionować to tylko słyszę, przecież mozna było przyjśc zapytać..tylko kurfa niby jak i o co pytać skoro nikt nic nie raczył powiedzieć. na ogół to ja jestem winna jako ten starszy stażem pracownik..bo powinnam wiedzieć…powinnam i cześć rzeczy wiem, owszem…

dziś był tzw szczyt szczytów…koniec terminu na przygotowanie list studentów , jakieś liczebności, wszystkie z nosami w stosach papierów itp, itd… załatwiłyśmy pocztę, przy okazji zgarniając cieżki kosz pełen fantów na konferencję i wróciłyśmy do pracy…

gdzieś tak pod koniec dnia pracy trzeba było zanieść listy studentów do działu socjalnego, skoro trzeba poszłam odrywając się po raz kolejny od swojej roboty…nie żebym zanosiła cokolwiek dotyczącego moich studentów…o nie….to były listy koleżanek….

gdy po powrocie weszłam na chwilę do dywizjonu 303 usłyszałam za plecami radosne, ale super, my zawsze mamy wszystko na czas zrobione….okazało się, że w czasie kiedy ja odrywając się od własnej pracy latałam z listami koleżanek one poszły sobie na papieroska, przerwa się należy…frajerka inna poszła z listami i g….obeszło, że przez to latanie po raz kolejny oderwały mnie od pracy….

 

bo…bo to przecież należy do moich obowiązków….otóż kurfa nie!!!! mam dość.