gdy byłam mała

gdy byłam mała,
taka rozwrzeszczana Awari z wiecznie pozdzieranymi kolanami i strupami na łokciach,
biegająca po okolicznych podwórkach,
wygrywająca lokalne wojny lub też o zgrozo będąca jeńcem wojennym po kolejnej potyczce z ekipą z drugiego końca ulicy…

chodziłam wtedy na wycieczki organizowane dla dzieci w pobliskim kościele,
zazwyczaj szliśmy gdzieś z siostrą, która uczyła nas religii gdzies w okoliczne lasy, jedna jedyna siostrzyczka panowała w zadziwiający sposób nad gromadą dzieciarni.
ulubionym miejscem spacerów była rzeczka w okolicach szpitala na Srebrzysku, spokojne miejsce gdzies koło działek,
wędrowaliśmy teraz to wiem po miejscach w któych bawił się Weiser Dawidek z powieści Pawła Huelle, penetrowaliśmy ten sam co on cmentarz, biegalismy jak szaleńcy po tym samym nasypie kolejowym
i z wypiekami na twarzach chłoneliśmy opowieści siostry Doroty o religii i nie tylko. A potem były najpyszniejsze na świecie kanapki z lekko słonawym żółtym serem, podobno był amerykański, smak i powiew egzotyki dla dzieciaków z kraju, gdzie wtedy wszystko było na kartki.

Dziś nie ma już wycieczek dla dzieci w moim kościele, nie już sióstr uczących religii, ja bywam tam czasami, nie znam tego nowego miejsca, wybieram wiejskie kościoły spotykane na szlaku.

A siostra Dorota? nie zmieniła się, jes cudownie taka sama jak przed laty, pamięta nas z tamtych lat i to jest najpiękniejsze. Miałam ochotę nie wychodzić z domu zakonnego, gdzie pojechaliśmy do niej z wizytą… przez chwilę znowu byłam nad rzeczką i jadłam kanapki z amerykańskim serem słuchając opowieści o świętych.

teoretycznie przeprowadzka…

z uśmiechem na ustach i mordem w duszy pakujemy zawartość swoich pokojów w dziekanacie, a następnie w odpowiedzi na super pilny telefon tego, czy innego kogoś szukamy w malowniczo rozrzuconych kartonach czegoś co jest potrzebne na wczoraj…w obliczu panujących aktualnie tropików w okolicy godziny 13tej wszelki ruch zamiera i zaczyna się niemrawe odliczanie czasu do 15.30…przysypiamy przed monitorami i sennie obklejamy kartony przeprowadzkowe taśmą…myśl o wyjściu na zewnątrz powoduje nerwowe drgania masy ludzkiej…

kończy mi się 6 tygodniowy urlop zdrowotny jakim było nieoglądanie przesymatycznej inaczej współpracownicy z pokoju obok…niestety tak to już bywa, że wszystko co miłe dobiega końca.
pojawiła się jednak iskierka optymizmu w postaci nowego nabytku do personelu dziekanatu, który to nabytek wylądował w naszym pokoju i w zasadzie nie wie co ma robić…a my zajęte przeprowazką też za bardzo nie wiemy. tak więc nowa koleżanka siedzi przy moim tymczasowym biurku i z przyjemnością robi cokolwiek byle nie usnąć…

stosy kurzu
labirynt kartonów
przegrzana niszczarka
nerwowy szef na urlopie
zamknięta rekrutacja
urywające sie telefony
stosy maili
sprawy na wczoraj
a na deser
remont w domu.

a właśnie, że tak!!

stan w zawieszeniu,
oczekiwanie
poszukiwanie
na oślep
rozpaczliwie
gorączkowo

któredy
co
gdzie
jak

niepokój
tęsknota

i nagle
radość
śmiech

bo zadzwonił
zza oceanu
ktoś.

i teraz
boję się siebie ze smyczy spuścić.