gdy byłam mała,
taka rozwrzeszczana Awari z wiecznie pozdzieranymi kolanami i strupami na łokciach,
biegająca po okolicznych podwórkach,
wygrywająca lokalne wojny lub też o zgrozo będąca jeńcem wojennym po kolejnej potyczce z ekipą z drugiego końca ulicy…
chodziłam wtedy na wycieczki organizowane dla dzieci w pobliskim kościele,
zazwyczaj szliśmy gdzieś z siostrą, która uczyła nas religii gdzies w okoliczne lasy, jedna jedyna siostrzyczka panowała w zadziwiający sposób nad gromadą dzieciarni.
ulubionym miejscem spacerów była rzeczka w okolicach szpitala na Srebrzysku, spokojne miejsce gdzies koło działek,
wędrowaliśmy teraz to wiem po miejscach w któych bawił się Weiser Dawidek z powieści Pawła Huelle, penetrowaliśmy ten sam co on cmentarz, biegalismy jak szaleńcy po tym samym nasypie kolejowym
i z wypiekami na twarzach chłoneliśmy opowieści siostry Doroty o religii i nie tylko. A potem były najpyszniejsze na świecie kanapki z lekko słonawym żółtym serem, podobno był amerykański, smak i powiew egzotyki dla dzieciaków z kraju, gdzie wtedy wszystko było na kartki.
Dziś nie ma już wycieczek dla dzieci w moim kościele, nie już sióstr uczących religii, ja bywam tam czasami, nie znam tego nowego miejsca, wybieram wiejskie kościoły spotykane na szlaku.
A siostra Dorota? nie zmieniła się, jes cudownie taka sama jak przed laty, pamięta nas z tamtych lat i to jest najpiękniejsze. Miałam ochotę nie wychodzić z domu zakonnego, gdzie pojechaliśmy do niej z wizytą… przez chwilę znowu byłam nad rzeczką i jadłam kanapki z amerykańskim serem słuchając opowieści o świętych.