jeszcze nie wróciłam…11-13.06.2009.

z Bałtyckiej Przechadzki na którą zaprosił mnie Kuba Terakowski. Prawdę mówiąc moje uczestnictwo w niej było wynikiem serii zbiegów okoliczności i przypadków, które sprawiają tak wiele niespodzianek i ubarwiają nam życie. Do końca nie wiedziałam, czy pojadę, w zasadzie wszystko się rozstrzygnęło  jakieś dwa dni przed, gdy ostatecznie dostałam wolne z pracy.
Tradycyjnie już pakowałam się przed samym wyjazdem, wcześniej zrzucając wszystkie niezbędne i zbędne ( jak się potem okazało) rzeczy w mniej więce jedno miejsce. Plecak tradyjnie już miałam za cieżki, ale co tam – wiem czego nie wezmę za rok.
Wyrwawszy się w środowe popołudnie z pracy ruszyłam na spotkanie przygody, która dla mnie rozpoczeła się na wrzeszczańskim dworcu PKP, gdzie w skwarze i upale na pociągi oczekiwał tłum. Przyjechało kilka różnych, ale nie mój…wreszcie wtoczył się na peron z ponad 20minutowym opóźniem i wsiadłam do przedziału, gdzie panowała gęsta atmosfera, wręcz zawiesista…niektórzy to chyba nie wiedzą jak się otwiera okno w przedziale. z miejsca przystapiłam do działania i napłyneło świeższę powietrze. Nigdy nie zrozumiem zasad na jakich działa polska kolej, ale już w Gdyni okazało się, że opóźnienia już nie mamy i jedziemy terminowo…hmmm pomyślałam sobie fajnie jest. może zdąże na wybrany pks do Łeby. resztę trasy spędziłam na podziwianiu widoków i pisaniu do Kuby smsów, które na bieżąco informowały – chyba się spóźnie…albo nie jednak nie spóźnie się…i tak w kółko. po którymś  razie naszła mnie refleksja co też sobie o mnie pomyślą. i zgodnie z zasadą jakoś to będzie dotarłam do Łeby, gdzie miałam się spotkać z resztą ekipy.
Z trasy zgarnęła mnie Magda, która tylko jękneła na widok mego plecaka i doprowadziła mnie na kwaterę , gdzie poznałam resztę bałtyckich włóczykijów. To naprawdę niesamowite uczucie spotkać kogoś pierwszy raz w życiu,ale czuć się przy tym tak swobodnie i dobrze jakby się znało od lat. Poczułam się tak jakby jeden z elementów układanki życiowej trafił na miejsce.

Po wieczornych pogawędkach na kwaterze przyszedł czas na sen. Nad ranem do pokoju zapukała Ania z Warszawy. Poranna odprawa była krótka i treściwa. Chwilę po 7mej ruszylismy na trasę. Wybrałam wersję , którą częściowo już znałam z rajdu Stolemy – trasa wzdłuż Miejrzeji Sarbskiej do Latarni Stilo. Poprzednio trasę widziałam w późno zimowej scenerii, teraz w orgii zieloności i wypełnionym bzyczeniu powietrzu roiło się od życia – gryząco-irytującego życia. Każdy zarobił przynajmniej kilka ukąszeń od komarów. Przystając w co ciekawszych miejscach równym tempem szliśmy w kierunku latarni Stilo. Miło było widzieć jezioro Sarbsko w letniej scenerii, przy poprzedniej wizycie pokrywała je lodowa skorupa. Pod latarnią spotkaliśmy się z ekipą, która szła plażą i wspólnie zajęlismy się konsumowaniem drugiego śniadanka oraz podziwianiem widoków z wieży. W środku miła niespodzianka i wystawa obrazów o tematyce marynistycznej. świetne miejsce dla takich obrazów – przed chwilą oglądało się naturze widoki oglądane na obrazach. Po przerwie ruszylismy w trasę, wybrałam opcje szlakiem, gdyż brzeg morski miewam niemal na codzień, a tu była okazja przejść się nieznanym kawałkiem szlaku. Wędrowaliśmy we dwójkę z Kubą wyjątkowo zgodnie przekanując się, że ta chmura za nami to tylko tak przypadkiem i nie do końca zaplanowała swoją trasę w naszych okolichach. i do przywidzeń i innych omamów słuchowych zaliczyć należy pomruki i inne groźne odgłosy z jej strony dobiegające. W pewnym momencie musiałam przystanąć, podobnież zrobiłam się wtedy z lekka zielonkawa na twarzy – jak wieczorem opisał to współtowarzysz na trasie. Reanimując nadwątlone siły za pomocą pysznych krówek i kanapki ruszylismy dalej. Przez Lubiatowo i leśniczówkę Szklana Huta dotarliśmy do Białejgóry. Po drodze mijaliśmy malowniczo ukryte wśrod lasów jeziorka niemal całkowicie zarośnietę i pokryte kwitnącymi własnie liliami wodnymi. Sarny przebiegały wśrod drzew, na drodze wygrzewała się żmija miedzianka. Jeden z przystanków wypadł nam jak się potem okazało na mrówczej autostradzie. Gdy się przykucnęło cała ściezka się ruszała – normalnie jakaś inwazja. czym prędzej zmienilismy lokolizację ne chcąc się potem otrzepywać z owadów.
Białogóra okazał się być miła mało miejscowością ukrytą wśród nadmorskich lasów. Z lekka zdechła odpuściłam sobie udział w mszy i powędrowałam pod prysznic. I wtedy dogoniła nas pomrukująca chmura grozy. Z nieba spadły potoki wody i przez chwilę trudno było cokolwiek zobaczyć przez okna.
Następny odcinek trasy z Białogóry z do Władysławowa był bardzo przyjemny i jak wierzyć prognozom pogody to mieliśmy tego dnia wyjątkowo piękne załamanie pogody – więcej takich proszę:))). Szło się świetnie i bez najmniejszych problemów. Raz za razem spotykaliśmy się na plaży. Ktoś kogoś postraszył wypadając z lasu w okolicach podejścia na latarnię morską w Rozewiu. Samo podejście warte jest poświęcenia mu kilku linijek. Wyobraźcie sobie strome schody wijące się przez głęboki jar, wyobraźcie sobie wyślizgane porecze, wysłużone kamienne stopnie i całe masy błota. Idąc w górę zabawa polegała na wybraniu teoretycznie mniej śliskiego kawałka drogi. W obie strony to było coś w rodzaju błotnego baletu i ekwilibrystyki. Nasze skupione podczas schodzenia miny uwieczniła Ania, która wykazując godną podziwu odwagę zbiegła na dół. Gdy na plaży zaczeło byc coraz więcej ludzi stiwerdziliśmy,że to już musi byc blisko i jak się okazało mieliśmy rację. Obrzydliwe sztuczne palmy znaczyły granicę miasta, pojawiły się nawet pod super luksusowym centrum spa, co nieco moim zdaniem popsuło efekt calości. jako jedną z ciekawostek tego dnia należy wymienić zdolność grupy do zagubienia się na jedynym w Jastrzębiej Gorze deptaku i ponowne odnajdywanie się na trasie. Kierowani przez Marię zjedliśmy pyszną rybkę , a ponieważ rybka lubi pływac nasza przewodniczka zaprowadziła nas do drink baru, gdzie się rozstaliśmy. My na plaze, a ona zadbała o towarzystwo dla rybki:)))
Spotkaliśmy się popołudniu we Władysławowie, gdzie odbyło się wieczorne posiedzenie w ramach zielonej nocy – ostatniej przed powrotem do domu. było wesoło:)))
Ostatni odcinek trasy wymagał ode mnie największego wysiłku, trzeba przyznać, że po plaży się szło wyjątkowo cięzko i w pewnym momencie przeszłam na szlak co było opcją tzw mniejszego zła. Niesamowite wrażenie zrobiła na mnie wędrówka przez ten mruczący od deszczu las. W pewnej chwili wpadłam na wielki głaz, którym oznaczono miejsce przerwania półwyspu w czasie II Wojny Światowej. Z resztą spotkaliśmy się w Kuźnicy i dalszą drogę na Hel część grupy pokonała idąc ścieżką rowerową…dzięki pogodzie nie była ona tego dnia zbyt zatłoczona. Z minuty na minutę deszczyk robił się coraz mniej przyjemny, trasa zaczynała gubić przez to walory widokowe.
Już nigdy droga na Hel nie będzie dla mnie taka sama, a 8km przez las z Juraty na Hel to na zawsze będzie najdłuższe 8km na świecie, nadłuższa droga, najwięcej zakrętów z których pod koniec każdy już miał być tym ostatnim, każde potencjalne zabudowanie miało byc przedmieściem Helu:))) W końcu niesamowicie wymęczone dotarłyśmy z Olą do celu i spróbowałyśmy znależć resztę, która dotarła przed nami. Zadanie okazało się ponad nasze siły, wybrałyśmy azymut na sympatyczną knajpkę i jedzonko. Jakoś tak się stało,że reszta potem znalazła nas i w rezultacie na czas do odjazdu pociągu zaludniliśmy tłumnie ten lokal.
Pociąg do Gdyni tradycyjnie był spóźniony. Wracaliśmy do domu…
Dziekuję wszystkim za wspólnie spędzony czas i do zobaczenia za rok.

SDM - Imperatyw

różowe wino i dodatki

dziś piłam różowe wino i uśmiechałam się patrząc przez kieliszek,
pachniało i smakowało Francją, kelnerka opowiadała o winnicy z której pochodziło,

porwana z pracy cieszyłam się każdą chwilą,
pomiędzy daniem głównych, a deserem – co było czym kwestia dyskusyjna…:))
była rozmowa, był śmiech…
spacer Monciakiem…

dzień z rodzaju tych kiedy kobieta jeszcze bardziej czuje się kobietą
niby niewiele, a cieszy.

a dodatki?dodatki są tylko moje i nic Wam do tego.

Rollercoaster ride in Tivoli

Na firmową wycieczkę do Kopenhagi zdecydowałam się w zasadzie tylko dlatego, że jedną z atrakcji miała być wizyta w Tivoli – lokalne centrum rozrywek i zabawy. Sam park okazał się lekko rozczarowujący, nie sądziłam, że jest to tak małe i rozpaczliwie ciasne. Oraz zatłoczone…Wokół płotu otaczającego park parkowały autokary z rejestracjami z całej Europy. Lokalizacja jest niezłe – z jednej strony Tivoli – dla młodszej części wycieczki, z drugiej strony Stroget – najdłuższy deptek handlowy Europy. Ponieważ spacery po sklepach nie należą do tego co lubię udałyśmy się razem z siostrą na odkrywanie Tivoli…Nie wiedząc co czyni ( siostra rzecz jasna ) zgodziła się na przejażdżkę Demonem…Siedziałyśmy w pierwszym rzędzie:)))

taaaak, było super. Dla uciechy wprowadzono w tego typu parkach możliwość zakupienia fotki z jazdy na rollercoasterze. Jak widać na załączonym obrazku obie przezornie zamknęłyśmy oczy:)))
tivoli demon
Po zejściu stanowczo powiedziała, że to był 1szy i ostatni raz na czymś takim. Dla ukojenia nerwów i uspokojenia z lekka oszalałego błędnika poszłyśmy oglądać przepiękne kwiaty. Nie sądzę bym miała ochotę tam jeszcze wracać, brak mi było przestrzeni znanej z innych tego typu miejsc. Między nami mówiąc wizyta w Tivoli miała miejsce po zwiedzaniu browaru Carlsberga, gdzie standardowym punktem jest przystanek w barze. Serwowane są tam ku uciesze zwiedzających piwa najrozmaitszego rodzaju z browarów firmy. Dla każdego dwa piwa w cenie biletu…Co niektórzy słabiej zaprawieni w bojach mieli lekkiego szmergla.

ciąg dalszy nastąpi…:)))