i co dalej

W piątkowe popołudnie odebrałam z uczelni dyplom i tym samym w mojej szafce wylądował papier bez większego znaczenia, którego posiadanie zdecydowanie straciło na znaczeniu i niewiele daje. Mogę sobie dodać przez nazwiskiem trzy literki w zależności od interpretacji oznaczające magistra lub też magazyniera. Teoria mówi, że powinnam dostać jakieś tam pieniądze z racji podniesienie kwalifikacji od pracodawcy, ale pracodawca ma to w głębokim braku poważania i wszelkie podania w sprawie podniesienia wynagrodzenia kieruje do nowo powstałęgo działu HR…Tak uczelnia publiczna zamienia się w korporację, kilka przybyłych z kosmosu osób ma nas oceniać nie mając pojęcia o tym co robimy, oceniać i weryfikować…plotki i domysły płyną szeroką falą. Kilka moich podań o zwiększenie wynagrodzenia, przeszeregowania i tym podobne wylądowało w tajnej szufladzie adresata lub co bardziej prawdopodobne w dziale HR. W podobnej sytuacji jest kilka osób o nieco krótszym stażu pracy niż ja. Kilka innych osób miało fart i dostały podwyżki. Niektóre już jakieś 2 lata temu… Ja w tym czasie skończyłam licencjat i zrobiłam magisterkę, i co? i nic. Mogę tylko mieć małą satysfakcję, że dałam radę.
Zdaje się, że powinnam się cieszyć tym dyplomem, ale nie mam z kim. Planowałam zrobić wspólny wyjazd, ale zgranie w czasie kilku osób okazało się zadaniem ponad siły.
Tak więc jadę sama, po raz kolejny.