prorok codzienny, czy jakoś tak to szło…

nie lubię i chyba nigdy nie polubię sprzątania…z wielkim talentem migam się od tego jak tylko mogę…zresztą do tego domu gości zapraszać nie mam prawa, a tym bardziej ochoty. tymniemniej raz na jakiś czas trzeba jednak wziąć udział w mission impossble zwanym sprzątanie. mama z siostrą pojechały na rynek, a ja ruszyłam do boju w kierunku na łazienkę uzbrojona ….a jednak nie, nie uzbrojona w płyny rozmaite do czyszczenia…butelek z płynami rozmaitymi w łazienkowej szafce wydawałoby się jest u nas obfitość, ale tylko pozornie. gdy załapałam w celu użycia pokazały dno i w związku z czym zastosowałam metodę mieszania stanowczo odradzaną przez wszystkich, ale czasem konieczną…prysznic, zlew i okoliczne kafelki przeszły ulgowo…dałam radę i nawet nie kichnęłam od zapachów kręcących w nosie, ale próg wytrzymałości przekroczyła mieszanka zastosowana do szorowania kibelka….zastanawiam się teraz czego tam nie było..:))) pełna samozaparcia szorowałam toaletę zastanawiając się w duchu do czegóż to przyczepi się mama po powrocie…i wykrakałam sama sobie średnich rozmiarów awanturę , że nie dokładnie wysprzątałam. Na nic zdały się argumenty, że nie bardzo czym było sprzątać…

zastanawiam się czasem, czy warto…tym się przejmować, ale raczej nie…tak sobie to tłumaczę, bo obojętnie ile bym się starała i tak zostanę opierdzielona z góry na dół…

oho mama wstała z drzemki…pewnie zaraz włączy megafon i tango zacznie się od nowa…więc może jednak pójdę kuchnię posprzątać…ciszej trochę będzie.