i już wiem,że warto kupować bilety w nadroższych sektorach i wcześniej przychodzić na koncerty.
Takie ,a nie inne refleksje nasuwają się po fantastycznym koncercie Jarre’a w Gdańsku.Współczuję tym ,co musieli koncert oglądać z dalszych sektorów.Przypuszczam ,że teraz większość z nich żałuje wydanych na bilet pieniędzy.
Nasza ekipa znalazła doskonale miejsca w pobliżu sceny,gdzie w oczekiwaniu na koncert rozgrywaliśmy misję statku zwiadowczego Armagedon:))- co wzbudziło spore zainteresowanie osób w pobliżu.Trudno się im dziwić skoro słuchali jak rozważaliśmy rozmaite wersje uzbrojenia i inne takie przyjemne drobiazgi mające służyc wykonaniu misji.
A potem,gdy temperatura oczekiwania wzrosła pojawił się na scenie Stanisław Soyka,pośpiewał chwilę i ku sporej uldze obecnych znikł.
A Jarre??
Jarre zamienił ponurą i przestarzałą stocznię w miejsce pełne muzyki i blasku,rozkołysał i rozbawił tłum widzów.Niebo nad miastem rozbłysło fajerwerkami i sprawił,że przynajmniej kilku osobom łezka w oku się zakręciła, gdy razem z chórem wykonał sławne Mury Jacka Kaczmarskiego.To był niezapomniany koncert.
Powrót po koncercie to wędrówka przez totalnie zakorkowane miasto,spacer środkiem jednej z najbardziej ruchliwych ulic miasta,mosty zablokowane – dla vipów tylko,niech ich szlag trafi:)),tłum przelewający się przez trawniki i inne miejsca na ogół puste,nabite do granic możliwości kolejki i tramwaje.Zupełnie jakby morze ludzi wylało się ze stoczni i szukało drogi na miasto.
Uciekam do pracy z głową wciąż pełną muzyki i wrażeń,przed oczyma migające światła…

