i wreszcie….

teoretycznie i praktycznie rozpoczęłam tegoroczny urlop, plecak spakowany w powiedzmy 90%…procenty i owszem też w nim są… w końcu powiedzmy sobie szczerze bez tego to ani rusz..uczuciu radosnej euforii towarzyszy lekka niepewność. w sumie to chyba pierwszy raz, gdzieś tak dalej poza Polskę sama jadę…ale co mi tam. damy radę, bo jak nie my to kto…:)))

ciekawostka taka zauważyłam własnie na facebooku nowy rodzaj spamu związany z aktualną eskalacją konfliktu izraelsko-palestyńskiego – otóż poza filmikami z bombardowań i nalotów obu ze stron konfliktu pojawiły się nawoływania do bojkotu towarów izraelskich na światowych rynkach…wśród wymienionych są na przykład bielizna Victoria’s Secret , jakieś wina ze wzgórz Golan oraz rzeczy firmy HP – Hewellet Packard – chyba tak brzmi pełna nazwa…pominę oczywisty bezsens tychże pokazówek – wskazane towary raczej do najtańszych nie należą…i nie kupi się ich na każdymm rogu…bezrefleksyjni zaangażowani zrobią kopiuj wklej i pogrążą się w pełnym zadowolenia poczuciu spełnionego obowiązku obywatelskiego…że o to patrz Facebooku jacy my dzielni jesteśmy, nie kupimy swojej dziewczynie kolejnych majteczek,,czy stanika Victoria’s Secret, nasza drukarka będzie się krztusić tanią podróbką tonera made in Taiwan zamiast oryginalnego HP…nic to,że zaraz potem pójdzie do naprawy, a nasza panna za plecami protestującego faceta sama pójdzie do sklepu i kupi sobie co trzeba…sieciowi aktywiści , władcy FB ścian. protest miałby może i jakiś sens, gdyby użyto czegoś ogólnie dostępnego i rozpoznawalnego, co znamy ze sklepowych półek, a nie z reklam TV…bo sklepy z tymi towarami są poza zasięgiem zwykłych ludzi…no..ale protestujmy…spamujmy…bądźmy sieciowymi spambohaterami….

dobra, przestaję się irytować..idę dokończyć pakowanie…znaczy wyjmę kota z plecaka….potem z worka ochronnego, schowam. gdzieś tą całą resztę i może jakiś prysznic, gdzieś po drodze…

ciekawe, czego tym razem zapomnę…:)))

wprowadzam tytuł w tym miejscu

skoro tak wordpress mi każe zrobić…wymęczona upałem siedzę sobie w kuchni i właśnie do mnie dotarło,że za tydzień dokładnie o tej porze będę gdzieś w mieście carów, mieście o tyle razy zmienianej nazwie,że trochę trudno zdecydować się co i jak. Jadę do Rosji, a żeby było zabawniej to jadę tam przez Ukrainę – drobna ironia tanich lotów. Żeby było jeszcze ciekawiej jadę tam dzięki organizacji katolickiej z Niemiec…Nie wierzyłam, że się uda..ale jadę- lecę i zamierzam się tam dobrze bawić.
poza wszystkim co tam się może dziać, wiem, że jedną, a właściwe dwie rzeczy trzeba przywieźć są wręcz obowiązkowe – koszulka i czekoloda…z tym drugim może być problem w obliczu tropików, ale pierwsze czemu nie. tak Kiszczaku pamiętam…:))
Grupa wyjazdowa zupełnie się nie zna i wszyscy będą docierać do Rosji na własną rekę, głównie z zachodu Europy i to jak się zdaje niemiecko języcznego zachodu…będzie ciekawie, dostaliśmy szczegółowe intrukcje co mówić na granicy…lekkim dreszczykiem napełnie mnie myśl o wyprawie, ale już wiem, czuję pismo nosem, że będzie nieziemsko. Postaram się pomacać Aurorę i poszwędam się po Ermitażu.

w pracy…raczej nie pracujemy, bo w naszym piekarniku nie da się nic sensownego robić…nie wiem, kto był taki miły i komu dziękować za to,że w całym budynku poza naszym poddaszem jest przyjemny chłodek – klimatyzacja działa aż miło…a u nas piekarnik i wszystkie tropiki bez najmnijeszego powiewu razem wzięte. okna nie warto otwierać, bo zalewa na łomot z ulicy plus to super czyste powietrze podrasowane spalinami…zieleniejemy w tempie i wszystkie bóle głowy są nasze…

dyplomatorium dziwnym i szczęśliwym trafem już za nami, nie wiem jakim cudem, ale dyplomy udało się zrobić , do odebrania zostały jeszcze dwie sztuki. cześć i chwała dziewczynom ,że dały radę. próbujemy pracować na nowym, super genialnym programie do obsługi dziekanatu…nie wiem, kto go kupił i jak bardzo był wtedy pijany, ale niech mu ziemia lekką będzie…ale kiepsko nam to idzie i w sumie to chyba lepiej nie będzie…nikt chyba nie wie o co w tym chodzi…i nie chce wiedzieć. władze są przekonane ,że super program działa tylko my takie durne jesteśmy, bo nie umiemy z niego korzystać…no nie umiemy skoro genialnie zrobiono go po open office’a…nie patrząc, że przecież kurfa u nas wszystko na windowsie chodzi…zamiast to zmienić geniusze z działu IT po wielu błaganiach, jękach i wrzaskach stopniowo instalują nam ten open office…co nie zmienia faktu,że jak jedną rzecz ustawią dobrze sypie się kilka następnych…jakoś trudno wytłumaczyć to studentom potrzebującym zaświadczeń do kas pożyczkowych..wiec bawimy się w kopiuj-wklej…na co nie zawsze jest czas.

gdzieś po drodze udało mi się zawitać na jeden z filmowych wieczorów u Awatar i w głębokim skupieniu oglądaliśmy film Snowpiercer, o pociągu, który gna przez zamarznięty świat i jak to zwykle bywa, tyły pociągu przeprowadzły rewoltę i poszły do przodu…takie mordobicie w ciasnych przestrzeniach z Gandalfem w roli ideologicznego guru. po paru tygodniach udało mi się dotrzeć do kina – dwa zupełnie odmienne filmy – Jak wytresować smoka 2 – urocze, gorąco polecam;)) i Zacznijmy od nowa – reklamowane jako powtórka z genialnego Once…hmmm, i owszem przyjemne spędzenie czasu, niemal dokładnie powielone schematy dot. releacji osobistych z Once. a muzyka, muzyka świetna i chyba poszukam sobie płyty z soundtrackiem.

gorąco polecam….