Bałtyk nad Tatrami, Tatry nad Bałtykiem, czyli Morski Finał WOŚP nad Morskim Okiem 2013

Tak naprawdę to do chwili kupienia biletów nie wiedziałam, że pojadę, wszystko stało pod tak wielkim znakiem zapytania, że aż trudno uwierzyć. Podobno , gdy czegoś bardzo się chce i pragnie to cały świat pomaga. Dla mnie rok bez wyjazdu styczniowego w góry, to rok stracony…rok bez radosnego wpatrywania się w góry za oknem i spaceru środkiem Morskiego Oka jest pusty.

I tym sposobem w piątkowe popołudnie ruszyłam z Gdańska zatłoczonym pociągiem na spotkanie marzenia, podróż minęła spokojnie i w mroźny sobotni poranek wysiadłam w Zakopanem. Tradycyjnie zachwyciła mnie niesamowita ilość śniegu na ulicach, rozczuliły zatłoczone na maxa busiki i rozśmieszyła łapanka urządzana przez kierowców już na peronie, gdy wysiadaliśmy z pociągu.

Organizując sobie transport do schroniska – wielkie dzięki dla gospodarzy schroniska Morskie Oko za pomoc w tej kwestii, pozwoliłam sobie na odrobinę niepewności, nie wiedziałam poza jedną osobą kogo mam w ekipie orkiestrowej…Będąc najmłodszą osobą w grupie zostałam kierownikiem i teraz trochę rozpaczliwie zastanawiałam się jak też to będzie jak będę musiała w grzeczny sposób opanować radosny chaos i wprowadzić odrobinę porządku.

Ku mojej wielkiej radości moja ekipa okazała się doskonale zorganizowana i wszystko udało się załatwić bezproblemowo. W tym roku gospodyni p. Maria Łapińska zaproponowała na orkiestrowy sklepik dwa stoliki na wprost wejścia. I to okazało się kluczem do sukcesu:)), gdyż pierwszym widokiem jaki rzucał się turystom po wejściu do środka były nasze stoiska i roześmiane twarze ekipy gdańsko-krakowskiej. Szybko wypracowałyśmy odpowiednią taktykę , najpierw , gdy wchodzący pozbywał się kolejnych warstw odzieży, zabawiałyśmy rozmową pokazując co ciekawsze gadżety ze sklepiku. Naszym poczynaniom czujnym okiem przypatrywał się kaszubski gryf . Furorę zrobiły zdjęcia okolicy otrzymane w prezencie od gospodarzy – absolutnym numerem jeden była fotka miśka zaglądającego w okno schroniskowej kuchni. Dzieci pokochały gdańskie lewki i często był dylemat..co wybrać lewki, czy pyszne galaretki. Błogą minę na wielu twarzach łącznie z naszymi wywoływała szarlotka ozdobiona przez szefową kuchni p.Basię orkiestrowym serduszkiem.
Zmęczona podróżą siedziałam przy stoliku i zajadając się szarlotką czułam w duszy tą radosną błogość , gdy wiesz ,że jest się tam, gdzie chciało się być, taka pewność, że wróciło się w miejsce, które jest nasze. Wpatrując się w Mnicha za oknem przysłuchiwałam się ekipie planującej niedzielny wypad na mszę do kaplicy na Wiktorówkach – co okazało się genialnym posunięciem – Ewy dwie wróciły z mega ciężkimi puszkami. A my z Basią działałyśmy w schronisku wyprzedając towar ze sklepiku.
W tzw międzyczasie obie wybrałyśmy się na krótkie spacerki po okolicy korzystając z dobrodziejstwa jakim są aparaty cyfrowe, ilość zrobionych zdjęć przytłaczała podobnie jak uroda krajobrazu przez nosem:)) To ,że udało się dojść do kompromisu i wybrać zdjęcia do fotorelacji uważam za sukces nas wszystkich.
Było nam tam błogo jak u mamy…gospodyni co chwilę zaglądała pytając, czy wszystko gra i zaganiała nas na obiad, czy śniadanie… za tym się tęskni, podobnie jak za pogawędkami ze schroniskową ekipą.

Swojsko, sielsko, czarodziejsko…

tak poprostu Gdańsk nad Morskim Okiem.

do zobaczenia za rok.

Bałtyk nad Tatrami, Tatry nad Bałtykiem, czyli Morski Finał WOŚP nad Morskim Okiem 2013

Tak naprawdę to do chwili kupienia biletów nie wiedziałam, że pojadę, wszystko stało pod tak wielkim znakiem zapytania, że aż trudno uwierzyć. Podobno , gdy czegoś bardzo się chce i pragnie to cały świat pomaga. Dla mnie rok bez wyjazdu styczniowego w góry, to rok stracony…rok bez radosnego wpatrywania się w góry za oknem i spaceru środkiem Morskiego Oka jest pusty.

I tym sposobem w piątkowe popołudnie ruszyłam z Gdańska zatłoczonym pociągiem na spotkanie marzenia, podróż minęła spokojnie i w mroźny sobotni poranek wysiadłam w Zakopanem. Tradycyjnie zachwyciła mnie niesamowita ilość śniegu na ulicach, rozczuliły zatłoczone na maxa busiki i rozśmieszyła łapanka urządzana przez kierowców już na peronie, gdy wysiadaliśmy z pociągu.

Organizując sobie transport do schroniska – wielkie dzięki dla gospodarzy schroniska Morskie Oko za pomoc w tej kwestii, pozwoliłam sobie na odrobinę niepewności, nie wiedziałam poza jedną osobą kogo mam w ekipie orkiestrowej…Będąc najmłodszą osobą w grupie zostałam kierownikiem i teraz trochę rozpaczliwie zastanawiałam się jak też to będzie jak będę musiała w grzeczny sposób opanować radosny chaos i wprowadzić odrobinę porządku.

Ku mojej wielkiej radości moja ekipa okazała się doskonale zorganizowana i wszystko udało się załatwić bezproblemowo. W tym roku gospodyni p. Maria Łapińska zaproponowała na orkiestrowy sklepik dwa stoliki na wprost wejścia. I to okazało się kluczem do sukcesu:)), gdyż pierwszym widokiem jaki rzucał się turystom po wejściu do środka były nasze stoiska i roześmiane twarze ekipy gdańsko-krakowskiej. Szybko wypracowałyśmy odpowiednią taktykę , najpierw , gdy wchodzący pozbywał się kolejnych warstw odzieży, zabawiałyśmy rozmową pokazując co ciekawsze gadżety ze sklepiku. Naszym poczynaniom czujnym okiem przypatrywał się kaszubski gryf . Furorę zrobiły zdjęcia okolicy otrzymane w prezencie od gospodarzy – absolutnym numerem jeden była fotka miśka zaglądającego w okno schroniskowej kuchni. Dzieci pokochały gdańskie lewki i często był dylemat..co wybrać lewki, czy pyszne galaretki. Błogą minę na wielu twarzach łącznie z naszymi wywoływała szarlotka ozdobiona przez szefową kuchni p.Basię orkiestrowym serduszkiem.
Zmęczona podróżą siedziałam przy stoliku i zajadając się szarlotką czułam w duszy tą radosną błogość , gdy wiesz ,że jest się tam, gdzie chciało się być, taka pewność, że wróciło się w miejsce, które jest nasze. Wpatrując się w Mnicha za oknem przysłuchiwałam się ekipie planującej niedzielny wypad na mszę do kaplicy na Wiktorówkach – co okazało się genialnym posunięciem – Ewy dwie wróciły z mega ciężkimi puszkami. A my z Basią działałyśmy w schronisku wyprzedając towar ze sklepiku.
W tzw międzyczasie obie wybrałyśmy się na krótkie spacerki po okolicy korzystając z dobrodziejstwa jakim są aparaty cyfrowe, ilość zrobionych zdjęć przytłaczała podobnie jak uroda krajobrazu przez nosem:)) To ,że udało się dojść do kompromisu i wybrać zdjęcia do fotorelacji uważam za sukces nas wszystkich.
Było nam tam błogo jak u mamy…gospodyni co chwilę zaglądała pytając, czy wszystko gra i zaganiała nas na obiad, czy śniadanie… za tym się tęskni, podobnie jak za pogawędkami ze schroniskową ekipą.

Swojsko, sielsko, czarodziejsko…

tak poprostu Gdańsk nad Morskim Okiem.

do zobaczenia za rok.

zajebistości

Generalnie nie jest zabawnie, jest z lekka, a chwilami bardziej niefajnie…a dlaczego, dlatego, że mama się rozchorowała…a jak chory jest ktoś najważniejszy w domu, to cały dom choruje…przechorowane były święta, mniej lub bardziej…przez mamę, a teraz okazuje się wg kogoś tam, że to ja z siostrą jako mieszkające z mamą odpowiadamy za jej stan…bo przecież powinnyśmy siłą ją zawlec do lekarza, najlepiej wczoraj, przedwczoraj albo jeszcze wcześniej… powinnyśmy zapewne też wyrywać jej z talerza co bardziej tłuste kawałki jedzenia i inne takie, ale nie my tego nie zrobiłyśmy, więc spotka nas za to kara i potępienie.
W ramach bonusu spędziłam sobie w sobotni wieczór 3 godziny na szpitalnym oddziale ratunkowym, gdzie rodzicielce zrobiono płukanie żołądka i zalecono super lekką dietę – miejmy nadzieję, ze podziała. oddział rewelacja, ale personel – zwłaszcza w rejestracji już mniej – przyjmowała mnie jakaś pani nader głośno mlaskająca gumą do żucia i nie mająca pojęcia jak zarejestrować pacjenta w systemie. osoby zgłaszające się na SOR też nie lepsze, część sobie wyszła i nawet nie zgłosiła tego….a lekarz biegał i szukał pacjenta…czasem znalazł, a czasem nie. nikt nie wiedział dlaczego nagle zawyły alarmy i wygłaszały uspokajające komunikaty w dwóch językach…jako dodatkowa atrakcja wystąpiło przywiezienie przez policję zakrwawionego chłopaka w łańcuchach, widać lepszy zawodnik z niego skoro za obstawę miał trzech uzbrojonych policjantów w kamizelkach kuloodpornych…dwóch poszło z nim do toalety, a jeden stał pod drzwiami i straszył pistoletem…
tym co mnie tam mile zaskoczyło był niemal całkowity brak specyficznego szpitalnego zapachu i ciepło, nie śmierdziało tą obrzydliwą mieszanką środków odkażających , krwi i tego wszystkiego co kojarzy się ze szpitalem. w zasadzie CMI to nie był nasz rejon…powinniśmy jechać do tej umieralni na Zaspie, ale już dawno temu zapadłą decyzja,że nigdy więcej tam…

sobotnia i potem niedzielna wizyta w szpitalu spowodowała, że obie z siostrą dosyć niemrawo przywitałyśmy nowy rok i jak tylko ucichł łomot rakiet poszłyśmy spać. to nie był dobry początek…szampan został nie wypity…tost noworoczny wypiłyśmy colą.

a mama…mama śpi i zdrowieje…mam nadzieję.

zajebistości

Generalnie nie jest zabawnie, jest z lekka, a chwilami bardziej niefajnie…a dlaczego, dlatego, że mama się rozchorowała…a jak chory jest ktoś najważniejszy w domu, to cały dom choruje…przechorowane były święta, mniej lub bardziej…przez mamę, a teraz okazuje się wg kogoś tam, że to ja z siostrą jako mieszkające z mamą odpowiadamy za jej stan…bo przecież powinnyśmy siłą ją zawlec do lekarza, najlepiej wczoraj, przedwczoraj albo jeszcze wcześniej… powinnyśmy zapewne też wyrywać jej z talerza co bardziej tłuste kawałki jedzenia i inne takie, ale nie my tego nie zrobiłyśmy, więc spotka nas za to kara i potępienie.
W ramach bonusu spędziłam sobie w sobotni wieczór 3 godziny na szpitalnym oddziale ratunkowym, gdzie rodzicielce zrobiono płukanie żołądka i zalecono super lekką dietę – miejmy nadzieję, ze podziała. oddział rewelacja, ale personel – zwłaszcza w rejestracji już mniej – przyjmowała mnie jakaś pani nader głośno mlaskająca gumą do żucia i nie mająca pojęcia jak zarejestrować pacjenta w systemie. osoby zgłaszające się na SOR też nie lepsze, część sobie wyszła i nawet nie zgłosiła tego….a lekarz biegał i szukał pacjenta…czasem znalazł, a czasem nie. nikt nie wiedział dlaczego nagle zawyły alarmy i wygłaszały uspokajające komunikaty w dwóch językach…jako dodatkowa atrakcja wystąpiło przywiezienie przez policję zakrwawionego chłopaka w łańcuchach, widać lepszy zawodnik z niego skoro za obstawę miał trzech uzbrojonych policjantów w kamizelkach kuloodpornych…dwóch poszło z nim do toalety, a jeden stał pod drzwiami i straszył pistoletem…
tym co mnie tam mile zaskoczyło był niemal całkowity brak specyficznego szpitalnego zapachu i ciepło, nie śmierdziało tą obrzydliwą mieszanką środków odkażających , krwi i tego wszystkiego co kojarzy się ze szpitalem. w zasadzie CMI to nie był nasz rejon…powinniśmy jechać do tej umieralni na Zaspie, ale już dawno temu zapadłą decyzja,że nigdy więcej tam…

sobotnia i potem niedzielna wizyta w szpitalu spowodowała, że obie z siostrą dosyć niemrawo przywitałyśmy nowy rok i jak tylko ucichł łomot rakiet poszłyśmy spać. to nie był dobry początek…szampan został nie wypity…tost noworoczny wypiłyśmy colą.

a mama…mama śpi i zdrowieje…mam nadzieję.