Tak naprawdę to do chwili kupienia biletów nie wiedziałam, że pojadę, wszystko stało pod tak wielkim znakiem zapytania, że aż trudno uwierzyć. Podobno , gdy czegoś bardzo się chce i pragnie to cały świat pomaga. Dla mnie rok bez wyjazdu styczniowego w góry, to rok stracony…rok bez radosnego wpatrywania się w góry za oknem i spaceru środkiem Morskiego Oka jest pusty.
I tym sposobem w piątkowe popołudnie ruszyłam z Gdańska zatłoczonym pociągiem na spotkanie marzenia, podróż minęła spokojnie i w mroźny sobotni poranek wysiadłam w Zakopanem. Tradycyjnie zachwyciła mnie niesamowita ilość śniegu na ulicach, rozczuliły zatłoczone na maxa busiki i rozśmieszyła łapanka urządzana przez kierowców już na peronie, gdy wysiadaliśmy z pociągu.
Organizując sobie transport do schroniska – wielkie dzięki dla gospodarzy schroniska Morskie Oko za pomoc w tej kwestii, pozwoliłam sobie na odrobinę niepewności, nie wiedziałam poza jedną osobą kogo mam w ekipie orkiestrowej…Będąc najmłodszą osobą w grupie zostałam kierownikiem i teraz trochę rozpaczliwie zastanawiałam się jak też to będzie jak będę musiała w grzeczny sposób opanować radosny chaos i wprowadzić odrobinę porządku.
Ku mojej wielkiej radości moja ekipa okazała się doskonale zorganizowana i wszystko udało się załatwić bezproblemowo. W tym roku gospodyni p. Maria Łapińska zaproponowała na orkiestrowy sklepik dwa stoliki na wprost wejścia. I to okazało się kluczem do sukcesu:)), gdyż pierwszym widokiem jaki rzucał się turystom po wejściu do środka były nasze stoiska i roześmiane twarze ekipy gdańsko-krakowskiej. Szybko wypracowałyśmy odpowiednią taktykę , najpierw , gdy wchodzący pozbywał się kolejnych warstw odzieży, zabawiałyśmy rozmową pokazując co ciekawsze gadżety ze sklepiku. Naszym poczynaniom czujnym okiem przypatrywał się kaszubski gryf . Furorę zrobiły zdjęcia okolicy otrzymane w prezencie od gospodarzy – absolutnym numerem jeden była fotka miśka zaglądającego w okno schroniskowej kuchni. Dzieci pokochały gdańskie lewki i często był dylemat..co wybrać lewki, czy pyszne galaretki. Błogą minę na wielu twarzach łącznie z naszymi wywoływała szarlotka ozdobiona przez szefową kuchni p.Basię orkiestrowym serduszkiem.
Zmęczona podróżą siedziałam przy stoliku i zajadając się szarlotką czułam w duszy tą radosną błogość , gdy wiesz ,że jest się tam, gdzie chciało się być, taka pewność, że wróciło się w miejsce, które jest nasze. Wpatrując się w Mnicha za oknem przysłuchiwałam się ekipie planującej niedzielny wypad na mszę do kaplicy na Wiktorówkach – co okazało się genialnym posunięciem – Ewy dwie wróciły z mega ciężkimi puszkami. A my z Basią działałyśmy w schronisku wyprzedając towar ze sklepiku.
W tzw międzyczasie obie wybrałyśmy się na krótkie spacerki po okolicy korzystając z dobrodziejstwa jakim są aparaty cyfrowe, ilość zrobionych zdjęć przytłaczała podobnie jak uroda krajobrazu przez nosem:)) To ,że udało się dojść do kompromisu i wybrać zdjęcia do fotorelacji uważam za sukces nas wszystkich.
Było nam tam błogo jak u mamy…gospodyni co chwilę zaglądała pytając, czy wszystko gra i zaganiała nas na obiad, czy śniadanie… za tym się tęskni, podobnie jak za pogawędkami ze schroniskową ekipą.
Swojsko, sielsko, czarodziejsko…
tak poprostu Gdańsk nad Morskim Okiem.
do zobaczenia za rok.