czasem się zastanawiam co bywa gorsze..choroba, czy lekarstwo z jego skutkami ubocznymi. znając swoją skłonność do rozmaitych reakcji,czy tez inaczej mówiąc tolerancji mego organizmu na rozmaite lekarstwa staram się uważnie czytać ulotki dołączone do tabletek…w miniony czwartek dopadła mnie angina, dostałam obrzydliwie smakujący antybiotyk..ale co tam myślałam sobie nikt nie powiedział, że lekarstwo smakuje dobrze…zaczynało być lepiej…wzięłam 3 dawki i zaczęło się…z siłą wszystkich możliwych karuzel uderzyły we mnie skutki uboczne, świat wskoczył na wysokie obroty i nie zwalniał do 4tej w nocy, czy też nad ranem…chyba wolałabym mieć kaca po dobrej imprezie niż takie coś…ten obrzydliwy smak chemii w ustach…musiałam siedzieć..bo gdy tylko spróbowałam położyć głowę na poduszce wirowanie przyśpieszało i po chwili slalomem kierowałam się do toalety…i tak było kilka razy…przysnęłam na parę godzin od 4tej z minutami…antybiotyk odstawiłam, będę zdrowieć dłużej …ale bez objawów ubocznych mam nadzieję. sam czar i urok.
nie lubie chorować..bardzo nie lubie…nie dość, że trzeba płacić za lekarstwa to jeszcze z pensji zabierają….tja..,kurfa mać.