kochana rodzinka

najlepsza jest na zdjęciu, i to tak z boku,aby łatwo było wyciąć…rzecz powszechnie znana. wszyscy mają lepiej lub gorzej w tej kwestii, ale mnie do szału doprowadza ostatnio kochana siostrzyczka z którą to rezyduję w jednym pokoju…otóż siostrzyczka ma najdroższą i kochana od ponad trzech tygodni jest przeziębiona i straszliwie kaszle budząc mnie po nocach, czasem nawet po kilka razy. nie poskutkowały i nie skutkują prośby, aby wreszcie ruszyła tyłek do lekarza. mordę rozdziera lepiej niż koparka, gdy o to najpierw prosiłam teraz to stanowi moją jedyną odpowiedź na jakiekolwiek zapytanie z jej strony. najpierw mówiła, że nie ma wypłaty, teraz mówi,że nie pójdzie…bo nie…nie ma innej odpowiedzi niż nie.nikt i nic nie jest w stanie wpłynąc na zmianę tej idotycznej postawy.

szlag mnie trafia coraz większy, bo przez to jestem jeszcze mniej wyspana niż zwykle, a to w połączeniu z dużą ilością pracy nie wpływa najlepiej na dobry humor.

brat z kolei rezydujący od paru lat w Anglii przyczepił się jak zwróciłam uwagę na idiotyczne kometarze jego znajomych pod zdjęciem mamy…że niby wiochę robię, no w sumie może tak, ale jakoś nie spodobało mi się, że jakieś obce osoby głupio komentują fotki mojej mamy, może to takie skrzywione wyspiarskie poczucie humoru im się udzieliło.

rośnie we mnie coś dużego i bardzo niefajnego, może Kiszczak pożyczy mi jakiego kałacha i postrzelam sobie gdzieś…

to wina Facebooka

tylko i wyłącznie…przez Facebookowe nudne popołudnie, gdy akurat ulubiona gra doprowadziła do stanu bliskiego zawałowi, a także innym chorobom nagłym i gwałtownym przeglądałam artykuły, czytając lokalne portale. Natrafiłam wtedy na infromację o dniu otwartym stadionu PGE Arena w Gdańsku, potrzebowali wolontariuszy do pomocy. Przydzielona do pomocy stałam na jednej z bram licząc wchodzących takim klikaczem, wolontariusze jak w transie klikali nie widząc świata dookoła. Potem nam powiedzieli, że nawet jakieś kontrole i VIPy rozmaite chwalili pracę całej ekipy…ale dla mnie, nie wiem jak dla innych największą frajdą było wbiegnięcie na koniec na sam środek murawy boiska i radosna zabawa na oczach tłumu wychodzących gości;)))

i tak w sierpniowe popołudnie zaczęła się kolejna przygoda, kolejny sposób na wypełnienie dnia. z akcji na akcję , darmowe oglądanie pokazów festiwalowych, czy też kierowanie ruchem na drodze krajowej podczas pikniku mobilności aktywnej – bo akurat organizator zapomniał tam kogoś postawić…ani policji, ani ochrony tylko dwie dziewczyny wysłane na ruchliwą drogę przez koordynatora. wrażenia nie do opisania, gdy stajeśz na wprost jadących aut próbując skierować je na właściwy parking…zwiedzanie stoczniowych zakamarków podczas kręcenia reklamy dla gry miejskiej, a potem powrót przez miasto w makijażu grubości paru centymetrów i walka z tonami podkładów i cieni przy zmywaniu tego z twarzy i reszty.

gdzieś po drodze kolejne rozdanie dyplomów z Uniwersytetu Bałtyckiego i smutek na myśl, że to już koniec, że nie ma więcej kursów w tym projekcie. Gdynia znowu staje się miastem z innej planety odległym i obcym. Oswojony i na zawsze w pamieci zostaje ten kawałek na wzgórzach koło szkoły prowadzonej przez jezuitów, gdzie prowadzone były zajęcia na których nawet chemia była zrozumiała, a angielski budził śmiech.

przeważnie nie mam czasu, staram się go nie mieć, być w biegu, ciągle w ruchu.