samo życie

nie napiszę notki o szkoleniu z prawa o szkolnictwie wyższym na które mnie wysłano w pracy, gdyż nic z tego szkolenia nie pamiętam i nie chcę pamietać…dawno już tak nie zmarnowałam dwóch dni, szkolenie z rodzaju takich co to firma organizuje,aby podwładni potem nie pyskowali,że nic się dla nich nie robi w kwestii podnoszenia kwalifikacji. w sumie wyszło,że to raczej nie my powinniśmy tam być tylko na przykład nasz dział prawny, tudzież finansowy albo grupa układająca regulaminy, czy też programy.

do licha…a potem powiedzą, że była przecież Pani na szkoleniu…powinna Pani wiedzieć… a tak powinnam wiedzieć…tyle,że jak to w Polsce bywa prawo sobie, a życie sobie. są obok siebie, a jednak osobno. zasady, tfuuuu ustawy oraz rozporządzenia wzajemnie się wykluczają.
prawniczy bełkot był zapowiedziany od dawna i generalnie wiedzieliśmy, że będzie nudno, nie spodziewałyśmy się tylko,że aż tak…nikomu nie życzę.
dzień przed dotarła informacja, że dodatkowo będziemy na warsztatach z różnic kulturowych…coż za nadmmiar szczęścia. firma szaleje i nas rozpieszcza…
wbrew ponurym przypuszczeniom warsztaty okazały się przyjemnym i odświeżającym spotkaniem , stanowiły wręcz szalony kontrast z nudą dnia poprzedniego, relatywnie spokojna dyskusja i rzeczowa wymiana poglądów na temat tego jak się pracuje ze studentami zagranicznymi. teraz mamy niby spokojniejszy okres w pracy…odszczekuję więc to co wczesniej na temat rzeczonego szkolenia mówiłam i nawet sobie poczytam materiały jakie z niego dostałyśmy.
no i na duuuuuży plus tego drugiego szkolenia należy zaliczyć nader pyszny lunch…sałatki w trzech rodzajach, kanapki, herbata i kawa do wyboru. miło nas tym zaskoczono.