czuję ciągły niedosyt obecności czyjejś, co zupełnie nie przeszkodziło mi w nie do końca kontrolowanym ataku furii, jaką wywołał brak tejże osoby o umówionym miejscu o umówionej porze. według znajomej byłam nadzwyczaj kulturalna i spokojna mówiąc pewnemu komuś, że bardzo, ale to bardzo nie spodobało mi się takie potraktowanie mojej osoby.
gdzieś tam za szalejącą furią przebijały nutki czysto kobiecej satysfakcji , że w sumie choć raz obrywa ten właściwy ktoś. ciekawe uczucie , doprawdy fascynujące, takie hmm odświeżające. nie lubię robić awantur, ale tym razem poszło całkiem nieźle.
można powiedzieć, że swoim przyjazdem i perspektywą objęcia posady na uczelni spowodował lekkie trzęsienie ziemi. nagle był tu, a nie tam. ze spotkania na spotkanie, w biegu i lekkim niedowierzaniu na styku pomiędzy miejscowymi realiami, a oczekiwaniami.
a ja próbuję udawać, wprawiam się w omijaniu tematu i odwracaniu uwagi.
przez tyle czasu coś było daleko i nierealne, a teraz teraz jest tu i teraz….
chyba dobrze, że jadę na urlop
pomyślę albo znowu ucieknę od tematu.
ehhh głupia ja.