dobra rada dla tych przed komputerami!!!

stanowczo odradzam bujanie się na krzesłach z kółkami,gdyż niezastosowanie się do tej rady może zaowocować poważnymi obrażeniami cielesnymi.

p.s mój siniak kolorytem przypomina barwną paletę impresjonistów : od fioletu porzez odcienie żółci aż do czegoś zielonkawego…brrrr

dobrze,że skończyło się na uderzeniu w rękę,aczkolwiek sam upadek był niezwykle widowiskowy – wyobraźcie sobie coś w rodzaju piruetu z efektownym ześlizgiem z krzesła…

potem tylko mój śmiech i komentarz kumpla: nie wierzę – ona jednak zleciała z tego krzesła!!!

wniosek jest jeden : nie bujać się na krzesłach!!!

automatycznie

rozciągam siebie na palecie dnia
zmywam z powiek resztki wczoraj
budzę się
czytam scenariusz na dziś
żadnych zmian

automatycznie

włączam kolejny odcinek
zimno
wideo się zacięło
pusto
komputer strajkuje
cicho

automatycznie

dzień po dniu
usiłuję
być

pogawędki z gigantem ciąg dalszy…

okazało się ,że atrakcje w których wzięła udział drużyna podczas sąsiedzkiej „wizyty” w twierdzy giganta były rodzajem testu przygotowanego dla nas przez potężnego czarnego smoka…

nie uprzedajmy jednak wydarzeń…i pozwólmy ewntualnym czytelnikom przeżyć z nami te pełne grozy i emocji chwile.

a było to tak…po raz kolejny spotykamy członków sławnej już ekipy w Elivan,gdzie po odwiedzinach u uzdrowicieli planują powrót do twierdzy,
Wari i Gharma Maya po krótkim odpoczynku w wiadomym lokalu uważnie słuchają opowieści,sir Andreus odsypia skutki kosztowania elfickich win,Wermutt właśnie wrócił z kursu po alkowach znajomych pań…Magiczka opowiada…

planowany powrót do rozmowy z sąsiadem w rozmiarze XXXXL okazał się jak zwykle bardzo widowiskowy!tym razem błyskawicą oberwała rangerka…zobaczyła błysk raz,potem znowu i całe szczęście,że czar obronny zadziałał…
w szybkim tempie ekipa usunęła się z zasięgu lub przynajmniej spróbowała to zrobić…
Andreus usiłował wejść przez drzwi,ale napotkał chmurkę naładowaną rodzajem zabójczej mocy i zrezygnował.

jak nie dołem no to górą i przy pomocy magiczki polecieliśmy…

Wari i deBallantine próbując wejść przez dach wypłoszyli stado gigantycznych kruków(nie ma to jak bezszelestne wkradanie się…),Andreus,Gharma i Moevefin z poziomu dziedzińca próbowali dostać się do środka…

poprzez szum skrzydeł latających wokół kruków dotarły do nas znacznie bardziej niepokojące odgłosy,które spowodowały gwałtowne przyśpieszenie w działaniach drużyny.

nadlatywał smok,ogromny czarny smok z eskortą złożoną z kilku wywern…

dyskusja sąsiedzka okazywała się coraz ciekawsza,gdyż smok jak się okazało zorganizował specjalnie dla nas potyczki w twierdzy giganta,
używając magii opanował w częsci dusze kilkorga spośród drużyny,rangerka okazała się tym razem odporna na smoczą magię,a Andreus hmmm po rozmowie ze smokiem przekonał go o znaczeniu słowa honor rycerski,złotousta Gharma sprawiła,że smok rozmawiał z nami nieco mniej pogardliwie i wtedy to przekonaliśmy się,że sława bywa jednak kłopotliwa.

Smok ma dla nas propozycję z rodzaju nie do odrzucenia,a spotkanie z gigantem miało jedynie na celu potwierdzić nasze umiejętności…

ratunku,czegóż może chcieć od nas ta bestia szepnęła do siebie rangerka zajęta cuceniem nieprzytomnej magiczki.

po przyjęciu smoczego zlecenia powróciliśmy do Elivan na krótki odpoczynek.

cdn…wkrótce

dalej niegrzeczna…

poszłam sobie wczoraj na Troję ze znajomymi no i kilkakrotnie miałam możliwość obejrzenia tyłeczka Brada Pitta,który jednak nie zdołał uratować filmu przed komentarzami…
zastanawiałam się,czy rzeczywiście Homerowy Achilles był złotowłosym blondynem…
jako,że do kina wybraliśmy się z ekipą grającą w rpg(gry fabularne)niektóre wypowiedzi były hmmm typowe dla każdej sesji np:jedna z koleżanek patrząc na scenę w której Parys/Orlando Bloom zabija Achillesa pełna zadumy zapytała ciekawe ile punktów doświadczenia by za to dostał…
odpowiedź była szybka pewnie kilka poziomów wyżej by już był przecież zabił herosa!!!

Kisuna i to będzie poza Seanem Beanem grającym Odyseusza najlepsze wspomnienie z tego wyjścia.

gdzie?!

trudno przekonać samego siebie,że miejsce w którym przebywamy jest naszym domem, i nie zawsze jest to miejsce, w którym tkwi nasze serce. czasem się to udaje czasem nie.

osobiście jestem zdania,że mieszkam na lotnisku w godzinach szczytu i nie przypominam sobie,abym kiedykolwiek nazwała to miejsce domem w sensie uczuciowym,wręcz przeciwnie można mnie znaleźć wszędzie tylko nie tam – to tylko adres w dowodzie osobistym nic więcej.

a moje serce? zostawiłam je dawno temu na pewnej ulicy pod numerem 12…i zapomniałam zabrać.

dowcipy bruna b. (14.05.2004)

słyszałas co sie stało? – blog wprowadził zmianę – teraz możesz dodawać najwyżej 5 notek miesiecznie, jeśli dodasz wiecej, blokuje Ci sie dostęp do wszystkich blogów – to dlatego, że mają zbyt duże koszty !

i ja mu uwierzyłam tym bardziej,że jakoś w tym samym czasie blogi nie działały…co w połączeniu z brakiem informacji na temat powyższy sprawiło,że odruchowo zaczęłam liczyć co ile dni…

bruno to było dobre!!!hahaha!!!

witajcie w naszej bajce czyli ciąg dalszy przygód Drużyny z Zaginionej Doliny…

A było już tak miło…miło i spokojnie, wreszcie chwila odpoczynku powiedziała białowłosa rangerka.
To melancholijne nieco stwierdzenie było reakcją na zaproszenie Vermutta de Ballantine do jego powstającego zamku,czy też twierdzy.
W końcu nie widzieliśmy się przez prawie 3miesiące i warto by wymienić informacje.

( w międzyczasie w życiu naszych bohaterów nastąpiło sporo zmian,de Ballantine zaczął budować wymarzoną twierdzę,magiczka ciężko pracowała przy budowie tunelu przez górę,Cho coś tam działał ze swoimi uczniami,sir Andreus z tego co wiemy pomagał przy budowaniu twierdzy i dbał o zaopatrzenie jej piwnic we właściwe gatunki win,Gharma Maya i rangerka spędziły nieco czasu razem w przytulnym lokalu z czerwoną latarnią nad drzwiami,o Therionie i Mistralu niewiele było wieści.Wari rangerka zawarła w tym okresie bliższą znajomość ze swoją rodziną ze strony ojca,którym okazał się tajemniczy bard piszący pamflety na temat drużyny – ta działalność ustała,gdy dowiedział się,że jego córka należy do drużyny.)

tak,czy inaczej szykuje się dobra impreza, więc w drogę…po drodze rangerka skręciła do piwniczki swojej elfiej rodziny po parę butelek przednich trunków – ciekawe jaki efekt będą miały,gdy ludzie je wypiją pomyśłała przelotnie i ruszyła w trasę.
po trzech dniach lekko zmęczona dotarła na wrący życiem plac budowy i weszła do wieży bramnej,gdzie rozkręcała się balanga…elfickie wina tylko dodały jej rumieńców…białowłosa uczestniczyła w pijaństwie w stopniu marginalnym,więc o poranku czuła się całkiem dobrze,czego o pozostałych nie można było powiedzieć.chyba tylko jeszcze magiczka nie odczuwała skutków nadmiernego spożywania trunków jako,że wcześnie poszła spać…

i wtedy właśnie na skacowaną ekipę spadła nieprzyjemna wiadomość,że zniknęło kilkoro ludzi z obsługi – poszli nad rzekę i nie wrócili…informacja ta podziałała lepiej niż kubeł zimnej wody i po kilku chwilach wszyscy byli na rzeką,gdzie po starannym zbadaniu śladów okazało się,że ludzie de Ballantine’a zostali porwani przez grupę ogrów!!
nowe zwierzątka do kolekcji przemknęło przez myśl rangerce wpatrującej się w ślady…raczej nieprzyjemne…

po pośpiesznych przygotowaniach ruszyliśmy tropem ogrów,który to doprowadził do kamiennej twierdzy w której jak się okazało rezydował wyjątkowo nietowarzyski gigant wraz z grupą swoich równie niesympatycznych towarzyszy…z którymi rzecz oczywista nasza Drużyna rozpoczęła pogawędkę za pomocą magii i miecza, miecza i magii…

wszak trzeba im w jakiś sposób wytłumaczyć,że porywanie ludzi na posiłek nie jest mile widzine…

pogawędka między wspomianymi wyżej adwersarzami jeszcze trwa,więc dopiero za jakiś czas przekonamy się kto był lepszy w dyskusji.

pierwsze wrażenia po bieszczadach…

nie zamierzam pisać o urokach krajobrazów,gdyż akurat to trzeba zobaczyć samemu…
nie napiszę również o trasach jakie przeszliśmy i szczytach z których oglądaliśmy wspomniane wyżej krajobrazy…
nie wspomnę także o paru innych rzeczach,które być może byłyby ciekawsze.

napiszę natomiast o tym jak to koledzy z grupy zostawili mnie na szlaku i jakoś nie zainteresowali się dlaczego nie schodzę…najwyraźniej ktoś zapomniał o podstawowej zasadzie obowiązującej w górach,że tempo grupy należy dostosować do tempa najsłabszej osoby…w tym konkretnym przypadku byłam to ja idąca z uszkodzonymi kolanami…w końcu zeszłam na dół dzięki pomocy przypadkowo spotkanych na szlaku osób…

jak mawia przysłowie prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie…
szkoda,że tak wyszło…bardzo szkoda!!!

pierwsze wrażenia po bieszczadach…

nie zamierzam pisać o urokach krajobrazów,gdyż akurat to trzeba zobaczyć samemu…
nie napiszę również o trasach jakie przeszliśmy i szczytach z których oglądaliśmy wspomniane wyżej krajobrazy…
nie wspomnę także o paru innych rzeczach,które być może byłyby ciekawsze.

napiszę natomiast o tym jak to koledzy z grupy zostawili mnie na szlaku i jakoś nie zainteresowali się dlaczego nie schodzę…najwyraźniej ktoś zapomniał o podstawowej zasadzie obowiązującej w górach,że tempo grupy należy dostosować do tempa najsłabszej osoby…w tym konkretnym przypadku byłam to ja idąca z uszkodzonymi kolanami…w końcu zeszłam na dół dzięki pomocy przypadkowo spotkanych na szlaku osób…

jak mawia przysłowie prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie…
szkoda,że tak wyszło…bardzo szkoda!!!