Szarość

Chwilowo większość wszystkiego straciła smak i kolory, czuję się jak przekłuty balonik, wyblakła ja, która zgubiła swoje kolory…uśmiech przez łzy…na siłę…nie umiem poprosić o pomoc, bo w tym nikt nie pomoże…płaczę po cichu, łzy wsiąkają w hotelową poduszkę…kot został w domu…

this is it, czy jakoś tak

w sumie każdy wie, że kiedyś trzeba się będzie pożegnać z rodzicami…tyle, że kiedy ten moment nadchodzi to wali jak wszystkie trzesięnia ziemi i inne tsunami razem wzięte…i aby zachować zdrowe zmysły przestawiasz się na tryb zadaniowy popłakując po kątach i działasz, załatwiasz te zaległe sprawy, które były na wieczne nigdy i kiedyś tam…i podczas gonitwy po urzędach z tyłu głowy myśl…serio, to naprawdę…naprawdę odbieram właśnie akt zgonu mamy?! no żesz kurwa nie wierzę….a tu zł onk, jednak tak. heloł witamy w rzeczywistości bez mamy…taki absolutny i definitywny koniec dzieciństwa…w ostatnich tygodniach zestaw chorób mamy wzbogacił się o raka….faza terminalna jak powiedzieli lekarze, którzy odkryli to przy okazji innego badania w szpitalu…bezsilność, gdy patrzysz jak bliska osoba słabnie…a ty nie możesz nic zrobić…ostatnie wspomnienie, gdy po zainstalowaniu mamy w hospicjum wychodzę odwracając głowę, a ona macha ręką na dowidzenia…

niecałą godzinę potem odeszła.

dziś był jej pogrzeb.

i nie ma mamy.