zdrowym być…

Nie lubię chodzić do lekarza i robię to tylko w wypadku absolutnej konieczności, zwykłe przeziębienia mnie się nie imają, przypuszczam,że na zasadzie złego diabli nie biora. tymczasem jednak i owszem…tym razem wzięli i z tego co widać nie odpuszczą przez czas jakiś.
W czwartkowy poranek świat powitał mnie karuzelą lepszą niż w wesołym miasteczku i co gorsze nie mijało to przez kilka godzin, spróbowałam się dostać do lekarza…rzecz okazała się karkołomna, bo ten do którego jestem zapisana w przychodni rejonowej przyjmował tego dnia popołudniu…dotrwałam, a raczej przespałam te kilka godzin i poszłam.
efektem tej wizyty jest biegania i załatwianie wizyt u kolejnych specjalistów, pomału dowiaduję się co mi jest i nie budzi to we mnie optymizmu. przede mna miesiąc łykania tabletek i potem kolejne badania.

w perspektywie nadchodzących świąt i serii urodzin znajomych oraz własnych to średnio przyjemne.

no, ale jeden pozytyw jest zima przyszła i śnieg mamy!!!