rodzinnie

pilnuję mieszkania znajomych, gdzieś na drugim końcu miasta…mieszkanie jest z psem i balkonem pełnym kwiatów, które trzeba podlewać, a psa wyprowadzać na dwór…a tak jest jeszcze królik, ale on nie jest kłopotliwy..siedzi sobie w klatce i pochrupuje przegryzając jedzonko….i zupełnie nie jest problemem to ,że chwilę po 7mej rano w sobotni poranek obudziły mnie jakieś warkoty i pokrzykiwania robotników za oknem…gdy wreszcie wywlekłam się z łóżka i poszliśmy z psem na spacerek późno poranny okazało się ,że to naprawiają chodniki wkoło domu…warczą, stukają i generalnie psują leniwy sobotni poranek…

nic to w porównaniu z telefonem jaki zastał mnie po powrocie ze spacerku…siostra dzwoniła ,że mama padła w sanatorium ofiarą innego klimatu i innej wody…rozregulował się jej organizm i raczej nie powinna zostawać tam do końca turnusu…bo ani jeść nie daje rady, ani z zabiegów nie korzysta wystarczająco i trzeba by jej załątwić powrót do domu…najlepiej samochodem, bo do jazdy pociągiem , czy autobusem raczej się nie nadaje – zwyczajnie zbyt osłabiona jest…wykonany został telefon do brata, który poradził ,abyśmy taksówkę po mamę wysłały…nie chce mi się pisać, co myślę, bo to i tak do niego nie dotrze, całkiem możliwe, że jak zwykle znajdzie jeszcze wytłumaczenie…i to my z siostrą okażemy się te wredne i złe, którym nie chciało się wydać kasy na taryfę…siostra płakała przekazując mi jego odpowiedź…może lepiej niech się u nas już nie pokazują…damy sobie radę , a jego o pomoc nie będziemy prosić…transport znalazłyśmy, mama wróci domu, a jak wydobrzeje, to się dowie jak jej synek postąpił, gdy poprosiła o pomoc…

egoizm w czystej postaci.

i nie ma jej…

i nie ma już Tafcika w czeluściach dziekanatu, pognała za swoim marzeniem czemu się zupełnie nie dziwię i gorąco popieram. nie wiem, czy będąc w podobnej sytuacji postąpiłabym tak samo…zniknęła z mojej codzienności w tak samo niespodziewany sposób jak się w niej pojawiła…mocna licze,że nam się kontakt nie urwie…bo mimo wszystko jesteśmy zupełnie różne, ale nie kryję tego będę straszliwie i mocno tęsknić…za tą esencją Taftowatości, która wnosiła jakąś taką błogość , że jednak jest tam ktoś kto zrozumie durne powiedzonko i nadaje na zbliżonych falach…jeszcze trochę pobędzie w kraju, parę dni szalonego pakowania i leci, gdzieś tam na drugi koniec świata za wielki mur…doprawdy dziwię się jej ,że tyle ze mną wytrzymała…znowu będzie nowa-nienowa osoba na jej miejsce…tyle,że nie będzie Tafcikiem…no właśnie nie będzie.