tego oraz dużo więcej życzę Wszystkim tak jak ja kochającym wędrowanie.

tego oraz dużo więcej życzę Wszystkim tak jak ja kochającym wędrowanie.

Niejaki Anatonio Banderas zaprosił mnie do znajomych naszej klasie, trochę mnie to zaskoczyła, gdyż nie podejrzewałąm się o posiadanie aż tak sławnych znajomych:)). Z ciekawości zajrzałam na profil dowcipnisia, który stworzył kolejne konto fikcyjne na tym portalu. Zgodne ze stanem faktycznym była tylko fotka aktora w galerii i być może zdjęcia jego domów w wielkiem świecie blichtru i ułudy, gdzie wszystko na pokaz i sprzedaż jest. Zaproszenie odrzuciłam, na zawsze pozbawiając się możliwości posiadana za znajomego znanego aktora. co za pech i niefart:)))
Piątkowe popołudnie i wieczór spędziłam bardzo przyjemnie w towarzystwie dwóch facetów i kilku butelek wina oraz jednego psa. Urządziliśmy sobie kolejny z serii wieczorów filmowych. Na pierwszy rzut poszedł aktualny przebój Mamma Mia – oglądało się świetnie, potem w środku nocy Amelia. i tu pokonało nos całotygodniowe zmęczenie w połączeniu w winem. scenę godną Oscara stanowiło zdejmowanie na rauszu soczewek kontaktowych z oczu. byłam dzielna i wygrałam ten pojedynek jak i następny z pastą do zębów, która planowała być wszędzie tylko nie na szczoteczce. nie pamiętam jak zasnęłam. sen podlany winem był mocny i głęboki. przebudzenie późne i błogie…

odporności i poziomu stresu przechodzę ostatnio, można powiedzieć
wyrabianie norm wychodzi niczym przodownikom pracy z dawnych kronik z
czasu PRL-u, nic tylko powiesić się, że tak radośnie powiem.
ale nie o tym miało być, a o wyjeździe podczas którego po raz pierwszy
od lat zobaczyłam solidne ilości śniegu, i o śniadaniu, które jadałam
siedząc wpatrzona w panoramę Tatr za oknem, błogość oblewała duszę z
każdą minutą tam spędzoną,
wyprawa, która doszła do skutku przez przypadek i kilka dni w Gorcach w ramach urodzinowego prezentu.
Zaczęło się wesoło, gdyż już w drodze okazało się , iż znajomy zostawił
w domu portfel z zawartością. Nic to, wszak istnieją bankomaty. Kraków
o 7mej rano to miasto wymarłe, otwarty był tylko McDonald. Krótka
przechadzka po okolicach i łapiemy busa do Rabki. Z lekka rozespani
docieramy na miejsce i po drobnych zakupach ruszamy na szlak. Pojawia
się śnieg, coraz więcej śniegu…Czas płynie i gdy docieramy do
schroniska na Starych Wierchach jest już ciemno. Jesteśmy dzielni
niczym oddział marines i po wypiciu herbatki ruszamy na trasę dalej,
czule przeklinając właścicieli rozmaitych quadów i innych autek
terenowych, którzy uczynili sobie ze szlaków trasy rajdów
samochodowych dla piechurów stanowiące tory przeszkód. Każda większa polanka w kierunku na Turbacz stanowiła w
takich warunkach wyzwanie, szliśmy na czuja, mając do wyboru śniegowe
koleiny pełne wody i błota – wiwat quady!! boczne ścieżki bywały mile
widziane mimo śniegu powyżej kolan. spotkana na trasie dziewczyna
powiedziała, że jesteśmy oczekiwani, więc wypadało się nie zgubić i
dotrzeć na miejsce. Schronisko na Turbaczu okazało się ogromne i puste,
rządziła w nim spanielka Bazylia. W sumie doszliśmy tam po śladach
ratraka rezygnując już ostatecznie ze śledzenia szlaku, a skupiając się
na nie wpadaniu w pułapki śniegowo-lodowo-wodne. Raz po raz słychać
było czułe słowa dla tych co góry rozjeżdżają…Budynek dostrzegliśmy w
chwili, gdy zmęczenie osiągało poziom krytyczny. Zza drzew wyłoniło się
wielkie i ciemne coś. Podeszliśmy i powitał nas okrzyk z okna – to
jednak jesteście:)))
byliśmy na miejscu.