bo ja purchawka jestem…

MARSZ GNIEWNYCH PURCHAWEK

Do boju! Szarpmy! Psujmy! Tratujmy!

Knujmy i plujmy! Punktujmy ujmy!

Sieczmy! Wywleczmy co było skryte!

Zmieńmy numerek Rzeczpospolitej!

Skłóćmy! Wyrzućmy! Nękajmy! Grzmijmy!

Lustrujmy! Syczmy jak stado żmij my!

Frustracji nacji śpieszmy z pomocą.

* * *
Wiosna nie przyjdzie. Bo niby po co?

w sieci znalezione.

noname.amg.gda.pl

do obowiązków pani z dziekanatu należy bywanie na radach pedagogicznych roczników studentów, które ma pod swoją opieką…wobec powyższego wysoce przejęta rolą podążyłam wczoraj na 1szą taką radę w karierze…po drodze, gdzieś w okolicach biblioteki AMG spotkałam Dr.Lecter wraz z koleżanką, które zgodnie życzyły mi, bym nie dała się i pozostała normalna…wyżej wymienione medyczki przed dyplomem znałam wcześniej, więc ze zrozumieniem wysłuchałam kilku zgryźliwych uwag na temat macierzystej uczelni…jednak ta miła chwila szybko się skończyła i trzeba było iść na radę, która okazała się przeraźliwie usypiającym spotkaniem…kartka przeznaczona na notatki pokryła się gąszczem bazgrołów…odpowiedziałam na kilka pytań, kilka zadałam i siedziałam pogrążając się w sennym otępieniu…z pełnym zrozumieniem patrzyłam na kolejnych przedstawicieli grona nauczycielskiego wymykających się pod byle pretekstem…na 5 minut przed końcem mego czasu pracy wyszłam i ja, mając serdecznie dość, bez podania powodu i tłumaczenia…wytrzymałam 2 godziny i poszłam precz…ciekawe ile to trwało – zapytam studentów…czy te rady zawsze są tak nudne i wypełnione słowotokiem?ktoś wie?

jak to dobrze, że już weekend i już nie muszę o tym myśleć.

konsekwencja wyboru

prawnik narzeka, że nie wygrał jakiejś sprawy…
sprzedawca narzeka na niemiłych klientów…
lekarz narzeka na mizerną płacę i ciężkie dyżury…

wszyscy na coś narzekają, tak było, jest i będzie. nie można porównywać jednej pracy z drugą, ani oceniać tych co te prace wykonują. ale należy nauczyć się ponosić konsekwencje podjętych wyborów.

and again

wyjść przed czasem
nie czekać na koniec
urwać w półsłowa

coś niedobrego się ze mną dzieje, i wcale nie jest lepiej, nie potrafię się skupić na tak bardzo lubianych grach i spotkaniach z przyjaciółmi, przesypiam zwyczajowe godziny spotkań, a potem tylko gorycz przełykam widząc ich rezygnację, niby jestem, ale tak jakby mnie nie było, próbuję rozmawiać, ale tak naprawdę to uciekłabym w sen, odpłynęła…

niech mnie ktoś obudzi, proszę.

zimna wojna w pracy

wyobraźcie sobie sytuację w której w wasze do tej pory wyłączne dominium, teren służbowy wchodzi ktoś nowy, ktoś zupełnie inny, tak inny, że aż Was szlag trafia i krew zalewa…tak też zdarzyło się mojej „koleżance” z pracy…wpadłam na jej paletko niczym meteor oraz inne plagi razem wzięte, koleżance nie spodobałam od pierwszego spojrzenia, z wzajemnością pełną zresztą…władzom zwierzchnim i szefostwu całemu wprost przeciwnie…przesympatyczny okres próbny przypłaciłam ciężkim stresem, przed którym uciekałam w sen…chwilę ulgi stanowił wyjazd na urlop…powitanie po powrocie było mocne…przemiła koleżanka jak to bywa obsmarowała mnie, gdzie się dało i przed kim się dało…furia to słabe określenie na to co poczułam, gdy wieści dotarły…przekazało mi je o dziwo szefostwo, które wezwało panią M. na dywanik…co jej powiedzieli nie wiem…dłuższy czas był spokój…do poniedziałku kiedy jej intrygi znowu na wierzch wyszły i tym razem zbuntowałam się…otwarcie powiedziałam co myślę, przy pełnym poparciu władz…skutkiem czego pani M. przestała mnie zauważać zarówno służbowo jak i prywatnie…prywatną ciszą jestem wręcz wniebowzięta, czego nie kryję…natomiast służbowa – to już przegięcie…

mnie tam lubią…
ją jedynie tolerują…