prorok codzienny, czy jakoś tak to szło…

nie lubię i chyba nigdy nie polubię sprzątania…z wielkim talentem migam się od tego jak tylko mogę…zresztą do tego domu gości zapraszać nie mam prawa, a tym bardziej ochoty. tymniemniej raz na jakiś czas trzeba jednak wziąć udział w mission impossble zwanym sprzątanie. mama z siostrą pojechały na rynek, a ja ruszyłam do boju w kierunku na łazienkę uzbrojona ….a jednak nie, nie uzbrojona w płyny rozmaite do czyszczenia…butelek z płynami rozmaitymi w łazienkowej szafce wydawałoby się jest u nas obfitość, ale tylko pozornie. gdy załapałam w celu użycia pokazały dno i w związku z czym zastosowałam metodę mieszania stanowczo odradzaną przez wszystkich, ale czasem konieczną…prysznic, zlew i okoliczne kafelki przeszły ulgowo…dałam radę i nawet nie kichnęłam od zapachów kręcących w nosie, ale próg wytrzymałości przekroczyła mieszanka zastosowana do szorowania kibelka….zastanawiam się teraz czego tam nie było..:))) pełna samozaparcia szorowałam toaletę zastanawiając się w duchu do czegóż to przyczepi się mama po powrocie…i wykrakałam sama sobie średnich rozmiarów awanturę , że nie dokładnie wysprzątałam. Na nic zdały się argumenty, że nie bardzo czym było sprzątać…

zastanawiam się czasem, czy warto…tym się przejmować, ale raczej nie…tak sobie to tłumaczę, bo obojętnie ile bym się starała i tak zostanę opierdzielona z góry na dół…

oho mama wstała z drzemki…pewnie zaraz włączy megafon i tango zacznie się od nowa…więc może jednak pójdę kuchnię posprzątać…ciszej trochę będzie.

ciąg dalszy ….

epickiej bitwy z oporną materią wordpressa trwa…dziś nabyto jakże przydatną umiejętność umieszczania linków na stronie, tak więc istnieje szansa na powrót kawałka internetowej codzienności na właściwe tory.

tymczasem czas spać…

cdn:))

Awari rządzi próbny wpis

Raz dwa trzy próba mikrofonu

to pisał Krzysztof….pod którego wpływem przemożnym podjęłam decyzję o posiadaniu własnej strony.

właścicielka niniejszego bloga, czy tam strony jak narazie rozważa konsekwencje tego co uczyniła i próbuje zapamiętać, gdzie , co i jak…

uprzejmie prosimy o trzymanie kciuków za powodzenie tej karkołomnej misji.

Bałtyk nad Tatrami, Tatry nad Bałtykiem, czyli Morski Finał WOŚP nad Morskim Okiem 2013

Tak naprawdę to do chwili kupienia biletów nie wiedziałam, że pojadę, wszystko stało pod tak wielkim znakiem zapytania, że aż trudno uwierzyć. Podobno , gdy czegoś bardzo się chce i pragnie to cały świat pomaga. Dla mnie rok bez wyjazdu styczniowego w góry, to rok stracony…rok bez radosnego wpatrywania się w góry za oknem i spaceru środkiem Morskiego Oka jest pusty.

I tym sposobem w piątkowe popołudnie ruszyłam z Gdańska zatłoczonym pociągiem na spotkanie marzenia, podróż minęła spokojnie i w mroźny sobotni poranek wysiadłam w Zakopanem. Tradycyjnie zachwyciła mnie niesamowita ilość śniegu na ulicach, rozczuliły zatłoczone na maxa busiki i rozśmieszyła łapanka urządzana przez kierowców już na peronie, gdy wysiadaliśmy z pociągu.

Organizując sobie transport do schroniska – wielkie dzięki dla gospodarzy schroniska Morskie Oko za pomoc w tej kwestii, pozwoliłam sobie na odrobinę niepewności, nie wiedziałam poza jedną osobą kogo mam w ekipie orkiestrowej…Będąc najmłodszą osobą w grupie zostałam kierownikiem i teraz trochę rozpaczliwie zastanawiałam się jak też to będzie jak będę musiała w grzeczny sposób opanować radosny chaos i wprowadzić odrobinę porządku.

Ku mojej wielkiej radości moja ekipa okazała się doskonale zorganizowana i wszystko udało się załatwić bezproblemowo. W tym roku gospodyni p. Maria Łapińska zaproponowała na orkiestrowy sklepik dwa stoliki na wprost wejścia. I to okazało się kluczem do sukcesu:)), gdyż pierwszym widokiem jaki rzucał się turystom po wejściu do środka były nasze stoiska i roześmiane twarze ekipy gdańsko-krakowskiej. Szybko wypracowałyśmy odpowiednią taktykę , najpierw , gdy wchodzący pozbywał się kolejnych warstw odzieży, zabawiałyśmy rozmową pokazując co ciekawsze gadżety ze sklepiku. Naszym poczynaniom czujnym okiem przypatrywał się kaszubski gryf . Furorę zrobiły zdjęcia okolicy otrzymane w prezencie od gospodarzy – absolutnym numerem jeden była fotka miśka zaglądającego w okno schroniskowej kuchni. Dzieci pokochały gdańskie lewki i często był dylemat..co wybrać lewki, czy pyszne galaretki. Błogą minę na wielu twarzach łącznie z naszymi wywoływała szarlotka ozdobiona przez szefową kuchni p.Basię orkiestrowym serduszkiem.
Zmęczona podróżą siedziałam przy stoliku i zajadając się szarlotką czułam w duszy tą radosną błogość , gdy wiesz ,że jest się tam, gdzie chciało się być, taka pewność, że wróciło się w miejsce, które jest nasze. Wpatrując się w Mnicha za oknem przysłuchiwałam się ekipie planującej niedzielny wypad na mszę do kaplicy na Wiktorówkach – co okazało się genialnym posunięciem – Ewy dwie wróciły z mega ciężkimi puszkami. A my z Basią działałyśmy w schronisku wyprzedając towar ze sklepiku.
W tzw międzyczasie obie wybrałyśmy się na krótkie spacerki po okolicy korzystając z dobrodziejstwa jakim są aparaty cyfrowe, ilość zrobionych zdjęć przytłaczała podobnie jak uroda krajobrazu przez nosem:)) To ,że udało się dojść do kompromisu i wybrać zdjęcia do fotorelacji uważam za sukces nas wszystkich.
Było nam tam błogo jak u mamy…gospodyni co chwilę zaglądała pytając, czy wszystko gra i zaganiała nas na obiad, czy śniadanie… za tym się tęskni, podobnie jak za pogawędkami ze schroniskową ekipą.

Swojsko, sielsko, czarodziejsko…

tak poprostu Gdańsk nad Morskim Okiem.

do zobaczenia za rok.

Bałtyk nad Tatrami, Tatry nad Bałtykiem, czyli Morski Finał WOŚP nad Morskim Okiem 2013

Tak naprawdę to do chwili kupienia biletów nie wiedziałam, że pojadę, wszystko stało pod tak wielkim znakiem zapytania, że aż trudno uwierzyć. Podobno , gdy czegoś bardzo się chce i pragnie to cały świat pomaga. Dla mnie rok bez wyjazdu styczniowego w góry, to rok stracony…rok bez radosnego wpatrywania się w góry za oknem i spaceru środkiem Morskiego Oka jest pusty.

I tym sposobem w piątkowe popołudnie ruszyłam z Gdańska zatłoczonym pociągiem na spotkanie marzenia, podróż minęła spokojnie i w mroźny sobotni poranek wysiadłam w Zakopanem. Tradycyjnie zachwyciła mnie niesamowita ilość śniegu na ulicach, rozczuliły zatłoczone na maxa busiki i rozśmieszyła łapanka urządzana przez kierowców już na peronie, gdy wysiadaliśmy z pociągu.

Organizując sobie transport do schroniska – wielkie dzięki dla gospodarzy schroniska Morskie Oko za pomoc w tej kwestii, pozwoliłam sobie na odrobinę niepewności, nie wiedziałam poza jedną osobą kogo mam w ekipie orkiestrowej…Będąc najmłodszą osobą w grupie zostałam kierownikiem i teraz trochę rozpaczliwie zastanawiałam się jak też to będzie jak będę musiała w grzeczny sposób opanować radosny chaos i wprowadzić odrobinę porządku.

Ku mojej wielkiej radości moja ekipa okazała się doskonale zorganizowana i wszystko udało się załatwić bezproblemowo. W tym roku gospodyni p. Maria Łapińska zaproponowała na orkiestrowy sklepik dwa stoliki na wprost wejścia. I to okazało się kluczem do sukcesu:)), gdyż pierwszym widokiem jaki rzucał się turystom po wejściu do środka były nasze stoiska i roześmiane twarze ekipy gdańsko-krakowskiej. Szybko wypracowałyśmy odpowiednią taktykę , najpierw , gdy wchodzący pozbywał się kolejnych warstw odzieży, zabawiałyśmy rozmową pokazując co ciekawsze gadżety ze sklepiku. Naszym poczynaniom czujnym okiem przypatrywał się kaszubski gryf . Furorę zrobiły zdjęcia okolicy otrzymane w prezencie od gospodarzy – absolutnym numerem jeden była fotka miśka zaglądającego w okno schroniskowej kuchni. Dzieci pokochały gdańskie lewki i często był dylemat..co wybrać lewki, czy pyszne galaretki. Błogą minę na wielu twarzach łącznie z naszymi wywoływała szarlotka ozdobiona przez szefową kuchni p.Basię orkiestrowym serduszkiem.
Zmęczona podróżą siedziałam przy stoliku i zajadając się szarlotką czułam w duszy tą radosną błogość , gdy wiesz ,że jest się tam, gdzie chciało się być, taka pewność, że wróciło się w miejsce, które jest nasze. Wpatrując się w Mnicha za oknem przysłuchiwałam się ekipie planującej niedzielny wypad na mszę do kaplicy na Wiktorówkach – co okazało się genialnym posunięciem – Ewy dwie wróciły z mega ciężkimi puszkami. A my z Basią działałyśmy w schronisku wyprzedając towar ze sklepiku.
W tzw międzyczasie obie wybrałyśmy się na krótkie spacerki po okolicy korzystając z dobrodziejstwa jakim są aparaty cyfrowe, ilość zrobionych zdjęć przytłaczała podobnie jak uroda krajobrazu przez nosem:)) To ,że udało się dojść do kompromisu i wybrać zdjęcia do fotorelacji uważam za sukces nas wszystkich.
Było nam tam błogo jak u mamy…gospodyni co chwilę zaglądała pytając, czy wszystko gra i zaganiała nas na obiad, czy śniadanie… za tym się tęskni, podobnie jak za pogawędkami ze schroniskową ekipą.

Swojsko, sielsko, czarodziejsko…

tak poprostu Gdańsk nad Morskim Okiem.

do zobaczenia za rok.

zajebistości

Generalnie nie jest zabawnie, jest z lekka, a chwilami bardziej niefajnie…a dlaczego, dlatego, że mama się rozchorowała…a jak chory jest ktoś najważniejszy w domu, to cały dom choruje…przechorowane były święta, mniej lub bardziej…przez mamę, a teraz okazuje się wg kogoś tam, że to ja z siostrą jako mieszkające z mamą odpowiadamy za jej stan…bo przecież powinnyśmy siłą ją zawlec do lekarza, najlepiej wczoraj, przedwczoraj albo jeszcze wcześniej… powinnyśmy zapewne też wyrywać jej z talerza co bardziej tłuste kawałki jedzenia i inne takie, ale nie my tego nie zrobiłyśmy, więc spotka nas za to kara i potępienie.
W ramach bonusu spędziłam sobie w sobotni wieczór 3 godziny na szpitalnym oddziale ratunkowym, gdzie rodzicielce zrobiono płukanie żołądka i zalecono super lekką dietę – miejmy nadzieję, ze podziała. oddział rewelacja, ale personel – zwłaszcza w rejestracji już mniej – przyjmowała mnie jakaś pani nader głośno mlaskająca gumą do żucia i nie mająca pojęcia jak zarejestrować pacjenta w systemie. osoby zgłaszające się na SOR też nie lepsze, część sobie wyszła i nawet nie zgłosiła tego….a lekarz biegał i szukał pacjenta…czasem znalazł, a czasem nie. nikt nie wiedział dlaczego nagle zawyły alarmy i wygłaszały uspokajające komunikaty w dwóch językach…jako dodatkowa atrakcja wystąpiło przywiezienie przez policję zakrwawionego chłopaka w łańcuchach, widać lepszy zawodnik z niego skoro za obstawę miał trzech uzbrojonych policjantów w kamizelkach kuloodpornych…dwóch poszło z nim do toalety, a jeden stał pod drzwiami i straszył pistoletem…
tym co mnie tam mile zaskoczyło był niemal całkowity brak specyficznego szpitalnego zapachu i ciepło, nie śmierdziało tą obrzydliwą mieszanką środków odkażających , krwi i tego wszystkiego co kojarzy się ze szpitalem. w zasadzie CMI to nie był nasz rejon…powinniśmy jechać do tej umieralni na Zaspie, ale już dawno temu zapadłą decyzja,że nigdy więcej tam…

sobotnia i potem niedzielna wizyta w szpitalu spowodowała, że obie z siostrą dosyć niemrawo przywitałyśmy nowy rok i jak tylko ucichł łomot rakiet poszłyśmy spać. to nie był dobry początek…szampan został nie wypity…tost noworoczny wypiłyśmy colą.

a mama…mama śpi i zdrowieje…mam nadzieję.

zajebistości

Generalnie nie jest zabawnie, jest z lekka, a chwilami bardziej niefajnie…a dlaczego, dlatego, że mama się rozchorowała…a jak chory jest ktoś najważniejszy w domu, to cały dom choruje…przechorowane były święta, mniej lub bardziej…przez mamę, a teraz okazuje się wg kogoś tam, że to ja z siostrą jako mieszkające z mamą odpowiadamy za jej stan…bo przecież powinnyśmy siłą ją zawlec do lekarza, najlepiej wczoraj, przedwczoraj albo jeszcze wcześniej… powinnyśmy zapewne też wyrywać jej z talerza co bardziej tłuste kawałki jedzenia i inne takie, ale nie my tego nie zrobiłyśmy, więc spotka nas za to kara i potępienie.
W ramach bonusu spędziłam sobie w sobotni wieczór 3 godziny na szpitalnym oddziale ratunkowym, gdzie rodzicielce zrobiono płukanie żołądka i zalecono super lekką dietę – miejmy nadzieję, ze podziała. oddział rewelacja, ale personel – zwłaszcza w rejestracji już mniej – przyjmowała mnie jakaś pani nader głośno mlaskająca gumą do żucia i nie mająca pojęcia jak zarejestrować pacjenta w systemie. osoby zgłaszające się na SOR też nie lepsze, część sobie wyszła i nawet nie zgłosiła tego….a lekarz biegał i szukał pacjenta…czasem znalazł, a czasem nie. nikt nie wiedział dlaczego nagle zawyły alarmy i wygłaszały uspokajające komunikaty w dwóch językach…jako dodatkowa atrakcja wystąpiło przywiezienie przez policję zakrwawionego chłopaka w łańcuchach, widać lepszy zawodnik z niego skoro za obstawę miał trzech uzbrojonych policjantów w kamizelkach kuloodpornych…dwóch poszło z nim do toalety, a jeden stał pod drzwiami i straszył pistoletem…
tym co mnie tam mile zaskoczyło był niemal całkowity brak specyficznego szpitalnego zapachu i ciepło, nie śmierdziało tą obrzydliwą mieszanką środków odkażających , krwi i tego wszystkiego co kojarzy się ze szpitalem. w zasadzie CMI to nie był nasz rejon…powinniśmy jechać do tej umieralni na Zaspie, ale już dawno temu zapadłą decyzja,że nigdy więcej tam…

sobotnia i potem niedzielna wizyta w szpitalu spowodowała, że obie z siostrą dosyć niemrawo przywitałyśmy nowy rok i jak tylko ucichł łomot rakiet poszłyśmy spać. to nie był dobry początek…szampan został nie wypity…tost noworoczny wypiłyśmy colą.

a mama…mama śpi i zdrowieje…mam nadzieję.

Spamowisko z blog.pl

Od czasu zmiany systemu moja poczta zasypywana jest spamem niby komentarzy blogowych do moderacji notek,czy też wpisów do księgi gości….widać przestały działać jakieś zapory, czy też inne firewalle i tony spamu docierają do użytkowników…co za żenada i wstyd na maxa. niedobrze się od tego robi. dziś pozbyłam się około 30 paru bezsensownych maili z niby komentarzami do wpisów.
pomału wychodzą coraz mniej sympatyczne cechy przenosin.
do bani to wszystko…..

Spamowisko z blog.pl

Od czasu zmiany systemu moja poczta zasypywana jest spamem niby komentarzy blogowych do moderacji notek,czy też wpisów do księgi gości….widać przestały działać jakieś zapory, czy też inne firewalle i tony spamu docierają do użytkowników…co za żenada i wstyd na maxa. niedobrze się od tego robi. dziś pozbyłam się około 30 paru bezsensownych maili z niby komentarzami do wpisów.
pomału wychodzą coraz mniej sympatyczne cechy przenosin.
do bani to wszystko…..