po kąpieli wszystko w koło pachnie truskawkami, czekam na znajomego otulona smakowitym zapachem i marzę o talerzyku truskawek z bitą śmietaną. najlepiej takich świeżo zerwanych z pola, gdzieś na Kaszubach. chińskie podróbki w grę nie wchodzą, bez smaku i zapachu to coś jest.
wieczorem…
na mojej werandzie czai się napuszony czarno-biały futrzasty kocur, dzielnie pilnuje podwórka zza okna. ostatnio nauczyła się wreszcie sama biegać po okolicy i do zestawu weszło patrolowanie terenu bez ograniczeń.
wieczorem…
a popołudniu?rano?podczas dnia?
rano…
budzę się ze snu bez snu, budzi się we mnie zestaw czynności zaprogramowanych, poranek wyliczony co do minuty.
i co rano biegnę do tramwaju…jakoś nie przywykłam do wstawania bladym świtem.
podczas dnia…
praca, poprostu praca i tyle. nie warto wspominać.
popołudniami…
wszystko i nic jednocześnie, zapełnianie czasu, mnóstwo zajęcia, by nie być w domu, by nie myśleć jak niewiele wspólnych tematów ma się z bliskimi, by nie dać się sprowokować…wersja próbna, która nie jest wolna od wad produkcyjnych.
dlatego uciekam do lasu, uciekam w piękno widoków pieszczących oczy, uciekam w burzę i wiatr, uciekam w zmęczenie, które pozwala zasnąć snem bez snów…uciekam, by nie reagować i nie czuć zbyt mocno.
uciekam, by cenić powroty, wtulenie nosa w kocie futerko, wsłuchanie się w psotne mruczenie
dobranoc.