Rosyjskie impresje

zbyt wiele wrażeń…ciągle się wszytko kotłuje i układa. jedno wiem na pewno, pokochałam ten kraj z jego fantazją, epickim rozmachem we wszystkim i tym jakże swojskim job twaja mać, gdy coś nie wychodziło…

nie do końca jednak dawało się uciec od polityki, drobną ironią był zauważony przypadkiem plakat reklamujący wczasy na Krymie. no cóż turyści z Rosji owszem i pojechali tam…wozami opancerzonymi i przywrócili ten kawałek lądu pod łaskawe panowanie matuszki Rosji.

IMG_4687

tym co mnie tam zachwycało równie mocno jak zabytki były obrazki łapane kątem oka na ulicy…jak choćby nader popularne reklamy pań do towarzystwa…wszędzie – na słupach…gdzie okiem nie rzucisz pełno..czasem z imieniem, częściej tak jak poniżej:

IMG_4721 - Kopia

słowiańska fantazja przejawiała się wszędzie…tu w nazwie baru sushi – takiego tańszego

IMG_4722 - Kopia

no i w końcu wiem, czym jeżdzi szatan..to wcale nie jest czarny mercedes..tylko chevrolet:))))

IMG_4740 - Kopia

a , gdy zabraknie na paliwo można i tak jechać na imprezę:)))

IMG_4820 - Kopia

kącik dla palących w bramie naszego hostelu

IMG_5341 - Kopia

i na koniec bonus dla kochających styl i szyk na motorze…

IMG_5399 - Kopia

i wreszcie….

teoretycznie i praktycznie rozpoczęłam tegoroczny urlop, plecak spakowany w powiedzmy 90%…procenty i owszem też w nim są… w końcu powiedzmy sobie szczerze bez tego to ani rusz..uczuciu radosnej euforii towarzyszy lekka niepewność. w sumie to chyba pierwszy raz, gdzieś tak dalej poza Polskę sama jadę…ale co mi tam. damy radę, bo jak nie my to kto…:)))

ciekawostka taka zauważyłam własnie na facebooku nowy rodzaj spamu związany z aktualną eskalacją konfliktu izraelsko-palestyńskiego – otóż poza filmikami z bombardowań i nalotów obu ze stron konfliktu pojawiły się nawoływania do bojkotu towarów izraelskich na światowych rynkach…wśród wymienionych są na przykład bielizna Victoria’s Secret , jakieś wina ze wzgórz Golan oraz rzeczy firmy HP – Hewellet Packard – chyba tak brzmi pełna nazwa…pominę oczywisty bezsens tychże pokazówek – wskazane towary raczej do najtańszych nie należą…i nie kupi się ich na każdymm rogu…bezrefleksyjni zaangażowani zrobią kopiuj wklej i pogrążą się w pełnym zadowolenia poczuciu spełnionego obowiązku obywatelskiego…że o to patrz Facebooku jacy my dzielni jesteśmy, nie kupimy swojej dziewczynie kolejnych majteczek,,czy stanika Victoria’s Secret, nasza drukarka będzie się krztusić tanią podróbką tonera made in Taiwan zamiast oryginalnego HP…nic to,że zaraz potem pójdzie do naprawy, a nasza panna za plecami protestującego faceta sama pójdzie do sklepu i kupi sobie co trzeba…sieciowi aktywiści , władcy FB ścian. protest miałby może i jakiś sens, gdyby użyto czegoś ogólnie dostępnego i rozpoznawalnego, co znamy ze sklepowych półek, a nie z reklam TV…bo sklepy z tymi towarami są poza zasięgiem zwykłych ludzi…no..ale protestujmy…spamujmy…bądźmy sieciowymi spambohaterami….

dobra, przestaję się irytować..idę dokończyć pakowanie…znaczy wyjmę kota z plecaka….potem z worka ochronnego, schowam. gdzieś tą całą resztę i może jakiś prysznic, gdzieś po drodze…

ciekawe, czego tym razem zapomnę…:)))

wprowadzam tytuł w tym miejscu

skoro tak wordpress mi każe zrobić…wymęczona upałem siedzę sobie w kuchni i właśnie do mnie dotarło,że za tydzień dokładnie o tej porze będę gdzieś w mieście carów, mieście o tyle razy zmienianej nazwie,że trochę trudno zdecydować się co i jak. Jadę do Rosji, a żeby było zabawniej to jadę tam przez Ukrainę – drobna ironia tanich lotów. Żeby było jeszcze ciekawiej jadę tam dzięki organizacji katolickiej z Niemiec…Nie wierzyłam, że się uda..ale jadę- lecę i zamierzam się tam dobrze bawić.
poza wszystkim co tam się może dziać, wiem, że jedną, a właściwe dwie rzeczy trzeba przywieźć są wręcz obowiązkowe – koszulka i czekoloda…z tym drugim może być problem w obliczu tropików, ale pierwsze czemu nie. tak Kiszczaku pamiętam…:))
Grupa wyjazdowa zupełnie się nie zna i wszyscy będą docierać do Rosji na własną rekę, głównie z zachodu Europy i to jak się zdaje niemiecko języcznego zachodu…będzie ciekawie, dostaliśmy szczegółowe intrukcje co mówić na granicy…lekkim dreszczykiem napełnie mnie myśl o wyprawie, ale już wiem, czuję pismo nosem, że będzie nieziemsko. Postaram się pomacać Aurorę i poszwędam się po Ermitażu.

w pracy…raczej nie pracujemy, bo w naszym piekarniku nie da się nic sensownego robić…nie wiem, kto był taki miły i komu dziękować za to,że w całym budynku poza naszym poddaszem jest przyjemny chłodek – klimatyzacja działa aż miło…a u nas piekarnik i wszystkie tropiki bez najmnijeszego powiewu razem wzięte. okna nie warto otwierać, bo zalewa na łomot z ulicy plus to super czyste powietrze podrasowane spalinami…zieleniejemy w tempie i wszystkie bóle głowy są nasze…

dyplomatorium dziwnym i szczęśliwym trafem już za nami, nie wiem jakim cudem, ale dyplomy udało się zrobić , do odebrania zostały jeszcze dwie sztuki. cześć i chwała dziewczynom ,że dały radę. próbujemy pracować na nowym, super genialnym programie do obsługi dziekanatu…nie wiem, kto go kupił i jak bardzo był wtedy pijany, ale niech mu ziemia lekką będzie…ale kiepsko nam to idzie i w sumie to chyba lepiej nie będzie…nikt chyba nie wie o co w tym chodzi…i nie chce wiedzieć. władze są przekonane ,że super program działa tylko my takie durne jesteśmy, bo nie umiemy z niego korzystać…no nie umiemy skoro genialnie zrobiono go po open office’a…nie patrząc, że przecież kurfa u nas wszystko na windowsie chodzi…zamiast to zmienić geniusze z działu IT po wielu błaganiach, jękach i wrzaskach stopniowo instalują nam ten open office…co nie zmienia faktu,że jak jedną rzecz ustawią dobrze sypie się kilka następnych…jakoś trudno wytłumaczyć to studentom potrzebującym zaświadczeń do kas pożyczkowych..wiec bawimy się w kopiuj-wklej…na co nie zawsze jest czas.

gdzieś po drodze udało mi się zawitać na jeden z filmowych wieczorów u Awatar i w głębokim skupieniu oglądaliśmy film Snowpiercer, o pociągu, który gna przez zamarznięty świat i jak to zwykle bywa, tyły pociągu przeprowadzły rewoltę i poszły do przodu…takie mordobicie w ciasnych przestrzeniach z Gandalfem w roli ideologicznego guru. po paru tygodniach udało mi się dotrzeć do kina – dwa zupełnie odmienne filmy – Jak wytresować smoka 2 – urocze, gorąco polecam;)) i Zacznijmy od nowa – reklamowane jako powtórka z genialnego Once…hmmm, i owszem przyjemne spędzenie czasu, niemal dokładnie powielone schematy dot. releacji osobistych z Once. a muzyka, muzyka świetna i chyba poszukam sobie płyty z soundtrackiem.

gorąco polecam….

trzeba umieć rezygnować

dla wolontariuszy sportowych takim everestem, ukoronowaniem , czy też inaczej mówiąc spełnieniem marzeń jest praca przy imprezie sportowej typu olimpiada zimowa i letnia, lub też miestrzostwa świata…ale nie każde….liczą się te największe,czyli piłka nożna. Udało mi się brać udział w wielu niesamowitych imprerezach tu w Gdańsku, dzięki EURO zaraziłam się entuzjazmem od poznanych tam cudzoziemców i zaczęłam szukać dalej, aby połączyć dwie pasje – wolontariat i podróże. Po EURO trochę z rozpędu złożyłam aplikację na mundial w Brazylii, nie liczyłam na cokolwiek, tymbardziej, że z olimpiadą zimową w Soczi nie wyszło…odpusćiłam Brazylię na maxa, a tu jakieś 1,5 tygodnia temu dostałam ofertę..zupełnie inne miasto i jak się potem okazało zupełnie inna praca niż ta na którą aplikowałam. Z rozmów z innymi równie zdziwionymi ludźmi wynikało jedno – tamtejsi wolontariusze nie mówią w innych językach niż własny, komitet organizacyjny cierpi na brak rąk do pracy i zapewne w rozpaczy wysłali maile w świat licząc , że ludzie przyjadą…sytuacja była taka, że moje zmiany miały być tylko i wyłącznie w dnie meczowe – sztuk 4, a miałam w Brazylii na koszt włąsny spędzić ponad dwa tygodnie…próbowałam zorientować ceny biletów lotniczych – drobny koszt wysokości niecałych 5000zł, plus drugie tyle zakwaterowanie z wyżywieniem…zrezygnowałam, nawet długo się nie zastanawiałam…nie jestem aż takim fanem piłki nożnej, a nawet nie jestem nim wcale, interesował mnie event sam w sobie, liczyła się możliwość zobaczenia kraju i poznania ludzi…ale to można zrobić przy innej okazji i nie tak drogo.
Znacznie dłużej niż decyzja o rezygnacji z wyjazdu trwały próby przekonania innych wolontariuszy, że world cup nie dla każdego jest szczytem marzeń i nie każdy potrzebuje wpisać to do CV wolontariackiego. nie bez znaczenia jest fakt, że potencjalni wolontariusze nie mają absolutnie żadnego wsparcia ze strony LOC, czy też centrum wolontariatu…a starczyłoby tak niewiele jak choćby lista hosteli, gdzie moglibyśmy się zatrzymać w większych grupach…jakieś linki wrzucone na stronę. tak było na EURO.

vol2014

 

vol2

 

( tak wygląda coś co na parę dni wprowadziło mnie w stan podwyższonej gotowości, tylko tyle i aż tyle)

i tym sposobem kolejny plan na wakacje padł, ale przynajmniej nie będzie problemów na studiach z powodu wyjazdu. zdaje się ,że poznaliśmy już wszystkich wykładowców i dla każdego jego przedmiot jest najważniejszy. fajnym uczuciem jest łapanie sensu ww tym co słyszy się nie wykładach i stwierdzenie, że jednak dobrze się wybrało. z lekka poraża cena niektórych podręczników, ale chomiki i inne dyski wirtualne stają się naszymi przyjaciólmi. do ściągnięcia została psychologia społeczna, wydanie z roku 2011, koszt – jedyne 88-90zł na Allegro…cieszy mnie to, że jednak się zdecydowałam. teraz tylko dzielnie chodzić na zajęcia i nie dać plamy na egzaminach.

o studiach słów kilka…

dochodzę do wniosku,że chyba podoba mi się to całe studiowanie…pewnie dlatego,że podchodzę do tego na luzie i z całkowitym dystansem. chodząc na kolejne wykłady sprawdzamy sobie z całkiem sympatyczną ekipą na kogo z wykładowców i na jaki przedmiot trzeba zwrócić większą uwagę, ogarniamy extranet i inne dyrdymały początkowe…starostę mamy wybranego, ktoś tam ogarnia grupę na FB, spokojnie dzielimy się wiedzą, gdzie jaki podręcznik zdobyć. Jest ciekawie, grupa liczy sobie w tej chwili 19 osób, na ogół ludzie wydają się wiedzieć,że trafili na studia i hmm ogarniają, iż prowadzącym należy się odrobina szacunku wyrażana poprzez nie spóźnianie się na zajęcia. co prawda wykłady nie są obowiązkowe, ale na tych pierwszych mówią co trzeba zrobić, aby przedmiot zaliczyć wypada się pokazać…ktoś z grupy policzył,że będzie w tym semestrze 6 przedmiotów do zaliczenia, jest i siódmy,ale prowadzący przedmiot wiedza o państwie i prawie z góry zapowiedział, że wszyscy mają 3, a jak ktoś chce więcej to ma zajrzeć na konsultacje…z zajęć tych nie wyniosę niczego poza utwierdzeniem się w przekonaniu,że wszystko załatwia się poprzez znajomości…dwa wykłady jakie mieliśmy w 90% oparte były na radosnym słowotoku prowadzącego opowiadającego o tym, co i jak udało mu się załatwić dla kogoś wykorzystując znajomości – czytaj dawnych studentów na rozmaitych stanowiskach, tudzież załatwić operację dla ojca wykorzystując kontakty ze znajomymi lekarzami…w zasadzie wszyscy to wiemy i jak to ktoś dziś powiedział szkoda czasu dla takiego bufona, który chwali się na prawo i lewo dobrym uczynkiem jaki wykonał wykorzystując znajomości…nie wiem…może mieliśmy mu jeszcze brawo bić..nie lubię takiego bicia piany jakie uprawia akurat ten pan i dużo bardziej sensowne okazały się dla mnie wykłady z globalizacji i ekonomii. o dziwo z przyjemnością wgłębiam się w temat łącząc sobie to logicznie…

i mam takie wrażenie, że nie samo studiowanie i uczenie się jest dla mnie tu najważniejsze…chyba najbardziej cieszy odzyskiwanie jakiegoś kawałka życia, którego brakowało…nie miałam możliwości studiowania wcześniej, sytuacja w domu i konieczność pracy…a teraz nie ma rodziny, faceta…więc potraktujmy to jak coś w zamian i bawmy się dobrze na studiach.

będzie dobrze:)

update sieciowy donosiciel

studia

tak, tak zapisałam się jednak na studia, udało się w zimowej rekrutacji…aczkolwiek pewna na 101% będę jak zobaczę poza tym świstkiem numer indeksu i te wszystkie studenckie papierologie. z tego co udało się dowiedzieć większość naboru zimowego ludzie nieco starsi niż dzieciaki prosto po maturze z naboru letniego…w sumie to mam gdzieś ile kto będzie miał tam lat, nie idę na te studia, aby z kimkolwiek się zaprzyjaźniać. jeśli po drodze do kwitu z tytułem trafi się ciekawa znajomość to fajnie, a jeśli nie płakać nie będę. wybrałam kierunek o jakże fascynującej nazwie bezpieczeństwo wewnętrzne…ale potem jest weselej , nazwa specjalizacji to bezpieczeństwo międzynarodowe i zwalczanie terroryzmu…. osoby, które wiedzą, gdzie pracuję uznają ten wybór za nader trafny:)))
gdzieś tam po drodze zdałam dwa międzynarodowe egzaminy z kursów na które uczęszczałam dzięki dobrodziejstwu funduszy unijnych, kurs językowy oraz komputerowy – certyfikaty zawsze się przydadzą w pracy.

szykują się fajne imprezy w których wezmę udział jako wolontariusz tu w kraju, bo zagranicę diabli biorą..z Sochi nie udało się, a Brazylia odpadnie ze względów czysto finansowych. epickość bałaganu organizacyjnego przy tych imprezach jest na poziomie mistrzowskim.

a poza tym….marzę o urlopie, o paru dniach gdzieś poza miastem, bez sieci, poza zasięgiem….
tymczasem dobranoc.

noworocznie

Jak co roku w okolicach świąt jest problem co też wpisywać na kartkach do rodziny i przyjaciół …no cóż…dziś znalazłam na Facebooku coś co idealnie wpisuje mi się ww klimat paru ostatnich dni i jest rewelacyjne.

1499480_571009389648535_1147667265_n

autorka/autor tego obrazka zamiast pisać co roku to samo od razu przeszła do sedna. bo niby jak się cieszyć świętami, jak się uśmiechać przy składaniu życzeń na jakiejś firmowej wigilii, gdy tak naprawdę wiesz, że ten ktoś ma Ciebie głęboko w niepoważaniu.

tak więc trzymajcie się !!!

Gdańska Wigilia 2013 – okiem bałwanka….

będąc wolontariuszem podejmujemy się różnych zadań łącząc przyjemne z pożytecznym, pomagamy bo tak chcemy i dlatego,że tak lubimy… jednak bardzo często przekonujemy się , że nie wszyscy szanują czas i pracę wolontariusza poświęcającego swój wolny czas, aby pomagać. tak też było niestety w przypadku organizatorów tegorocznej Gdańskiej Wigilii…zgłosiliśmy się w kilka osób na wyznaczoną godzinę trafiając w sam środek organizacyjnego chaosu i radosnej improwizacji. pojawiła się osoba wyznaczona do opieki na nami i pierwszy zgrzyt – nie potrafiła odpowiedzieć dlaczego musieliśmy przyjechać prawie dwie godziny wcześniej, skoro przebranie się zajęło nam ok 15 min plus 5 na malowanie…reszta ekipy schodziła się bardzo powoli, zupełnie się nie śpiesząc, a my nudziliśmy się i marnowaliśmy czas, który mogliśmy np przeznaczyć na zjedzenie obiadu i podobnie jak reszta przyjechać na sam koniec!!! w poprzednich latach organizator tejże imprezy nie fundował nam takich przykrych niespodzianek.

no cóż…czas zapełniliśmy pogaduszkami, zdjęciami i kręceniem filmików….

wreszcie po prawie dwóch godzinach ruszyliśmy na miejsce, na Długi Targ, gdzie wolontariusze w roli bałwanków mieli rozdawać opłatki i pierniczki gdańszczanom składając im życzenia świąteczno-noworoczne. szło nieźle do momentu, gdy naród zorientował się, że to za darmo jest… potem było okropnie…i to wcale nie bezdomni i okoliczne pijaczki byli najgorsi – oni na ogół grzecznie dziękowali, porozmawiali i szli dalej stać do kolejki po grzaniec. najgorsze były takie starsze panie i panowie – wyrywali sobie te pierniczki z rąk, niczym bydło przepychali się wchodząc za barierki, gdzie stały kartoniki z ciastkami…ochrona nie była w stanie zapanować na wygłodniałym ( bo za darmo) tłumem. to było żenujące…i smutne. po pewnym czasie kawałki opłatka i papierki od pierniczków leżały wszędzie wokół, a te same osoby, które się przepychały ironicznie pytały czemu tego nie sprzątamy…

takie sytuacje mogą odebrać ochotę i motywację do pomagania. nie wiem, czy zgłoszę się za rok do pomocy przy wigilii…

bałwanki

a reszcie ekipy bałwankowo/mikołajowej dziękuję, bo gdyby nie Wy to byłoby do kitu na maxa.
autorką zdjęcia jest Monika.

żądza pieniądza…( przegląd filmowy).

tylko i wyłącznie mogła być przyczyną dla której cieniutka książka jaką jest Hobbit została podzielona przez Petera Jacksona na 3 części…o ile pierwszą część mogę oglądać tam i z powrotem to druga…hmm, jest zupełnie taka sama jak zrobione przez tego samego reżysera Dwie Wieże, poszarpana, mocno spowolniona i nie do końca logiczna – zwłaszcza w kwestii dodanej postaci elfki Touriel w której równocześnie podkochują się dwaj bohaterowie…jaka tragedia chciałoby się rzec. dla kogoś kto poszedł na film nie znając wcześniej książki to ujdzie jako jeden z wielu tego typu…a ci znający i książkę tak jak ja będą się skupiać na wyszukiwaniu wątków i fragmentów, które pojawią się potem w trylogii np: już wiem na 100% ,że to elfy Tolkiena wynalazły sufring na schodach i po brzegach rzeki….scena mistrzowska – takiego śmiechu dawno nie było. Smaug jest zacny, ale inaczej być nie mogło przy tak zasobnej kasie na realizację.

przy takiej mnogości wersji / kopii filmu w kinach nie ma opcji, aby koszta się nie zwróciły:)))

tym razem nie udało mi się spóźnić do kina jak to było w przypadku drugiej części Igrzysk Śmierci – chyba wszyscy czekali na Lennego Kravitza w roli krawca głównej bohaterki. warto było. podobnie jak na rosyjskie Metro – zadziwiająco dobry film – polecam wszystkim. połączenie czysto słowiańskiej fantazji z niezłą fabułą oraz dobrymi efektami specjalnymi. może ta słowiańskość sprawiła,że film stał się dla mnie bardziej prawdziwy i w duszy zalęgła się lekka niepewność odnośnie podróży metrem…masowo ogląda się produkcje made in usa i nie zwraca się większej uwagi na rozmaite katastrofy zdarzające się w metrze , a tu przez to ,że film jest made in russia stało się to jakby prawdziwsze. iluzja była mocniejsza.